Stanisław Tarchała – wyjątkowa postać w świecie akordeonowym

20.05.2025 r.
Autor: Mateusz Doniec

Absolwent Szkoły Muzycznej określający się mianem bardziej miłośnika akordeonu, niż zawodowego muzyka. Mimo to sięga po bardzo ambitny repertuar, którego nie powstydziliby się studenci uczelni wyższych. W rozmowie z Mateuszem Dońcem pan Stanisław opowiada o swojej historii – edukacji muzycznej, sukcesach, rodzinie i pasji do akordeonu. 

Stanisław Tarchała

Panie Stanisławie, skąd Pana zamiłowanie do akordeonu?

Odpowiedź na to pytanie należałoby rozpocząć od wyjaśnienia skąd moje zamiłowanie do muzyki w ogóle. W tym miejscu, w podobnych wywiadach, pojawiają się zazwyczaj tradycje rodzinne. W moim przypadku nie mogę się pochwalić taką sytuacją, ponieważ moi rodzice nie byli wykształceni muzycznie, nie grali też na żadnych instrumentach. Matka co prawda lubiła śpiewać i miała dobry słuch, ale ojciec nie wykazywał najmniejszych zainteresowań muzyką. Był rolnikiem ciężko pracującym od rana do nocy przez okrągły rok, by utrzymać dość liczną rodzinę. Moich dziadków w zasadzie nie znałem, wojnę przeżyła tylko babcia ze strony mamy, ale nie wykazywała żadnych muzycznych zdolności i zainteresowań. Jeśli idzie o moją osobę to urodziłem się z cechą, którą można określić jako wrażliwość na piękno, w tym także na piękno muzyki. Od najmłodszych lat wsłuchiwałem się z zainteresowaniem  w muzykę graną chociażby w kościele przez organistę, zasłyszaną w radiu itp. Jestem od zawsze miłośnikiem sztuk plastycznych…

I tu pojawia się akordeon. Pierwsze melodie mojego życia, pomijając oczywiście kołysanki śpiewane przez matkę, to dźwięki akordeonu, a właściwie harmonii trzyrzędowej. Grał na niej nasz sąsiad, którego nazwisko pamiętam do dziś – nazywał się Jan Duda.

Jan Duda

Miał on przedwojenny instrument Stamirowskiego, na którym grywał na różnych spotkaniach towarzyskich. Ojciec zauważył, że bardzo lubię słuchać jego gry i zrobił mi “akordeon guzikowy” z drewnianego klocka, do którego powbijał papiaki (takie gwoździe z dużymi łebkami) i przybił dwa paski. To był mój pierwszy instrument. Co prawda nie wydawał żadnych dźwięków, ale mały Hohner XS Child albo Pigini Simba były wtedy poza zasięgiem… Moim pierwszym „prawdziwym” akordeonem okazała się być polska, 80-basowa Victoria II. Wracając do harmonii sąsiada to chciałem ją kupić po śmierci właściciela, ale nie zdążyłem, gdyż córka sprzedała ją jakiemuś kolekcjonerowi.   

Stanisław Tarchała i Viktoria II (lata 60-te)

Jak wyglądała Pana droga w edukacji muzycznej?

Kiedy ukończyłem bodaj 8 lat Mama, widząc moje muzyczne uzdolnienia, zawiozła mnie na egzamin wstępny do Państwowej Szkoły Muzycznej I st. w Bystrzycy Kłodzkiej. Zostałem przyjęty, a moim pierwszym pedagogiem był nauczyciel fortepianu, pan Czechowski. Mój następny nauczyciel, pan Kajetan Bień, był już akordeonistą. Oprócz pracy w Szkole Muzycznej zajmował się też grą w tzw. Orkiestrze Zdrojowej w pobliskim uzdrowisku Długopole-Zdrój. Później wyjechał do USA i pracował w jakiejś fabryce jako zwykły robotnik.

Szkołę ukończyłem w 1971 roku w wieku 14 lat. Pamiętam utwór dyplomowy, był to Wesoły Caballero Pietro Frosiniego. Jakkolwiek naukę w szkole muzycznej w Bystrzycy Kłodzkiej wspominam bardzo miło, to długie dojazdy z domu rodzinnego we wsi Długopole Dolne były dla mnie dużym wyzwaniem. Początkowo woziła mnie matka, ale później musiałem radzić sobie sam. Jednym ze szkolnych wspomnień, które utkwiło we mnie najbardziej, był pierwszy kontakt z dziełami mistrzów. Na zajęciach historii muzyki słuchaliśmy nagrań z płyt winylowych. Kiedyś poprosiłem nauczycielkę, aby pożyczyła mi kilka płyt do posłuchania w domu. Koncertu e-moll Feliksa Mendelssohna słuchałem tyle razy, że pożyczona płyta trochę się “zdarła”. Miałem przez to małe problemy przy zwrocie… 

Po skończeniu podstawówki muzycznej zdałem egzamin do PSM II st. we Wrocławiu. Nauka w szkole muzycznej II stopnia była dla mnie trudnym doświadczeniem, gdyż musiałem dodatkowo uczęszczać do ogólnokształcącej podstawówki. Jeszcze bardziej dotkliwy był dla mnie fakt, że musiałem zamieszkać w bursie szkół artystycznych. Niestety wyzwania te, w połączeniu z brakiem wsparcia rodziców i nauczyciela akordeonu, sprawiły, że edukację zakończyłem na pierwszym roku. Wróciłem do rodzinnego domu i podjąłem naukę w liceum w Bystrzycy Kłodzkiej.  

Czy sytuacja ta sprawiła, że Pana zamiłowanie do muzyki przygasło?

Absolutnie nie. Po skończeniu bystrzyckiego liceum podjąłem studia na Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Czas studiów, oprócz nauki zawodu, był dla mnie również czasem uczestniczenia w życiu muzycznym miasta. Byłem stałym bywalcem koncertów Filharmonii Wrocławskiej, Opery, Wratislavia Cantans itd. W czasie studiów miałem również akordeon (Weltmeister S4) na którym grywałem na koleżeńskich spotkaniach, a później wraz z zespołem w klubie studenckim, na weselach kolegów, a nawet na tzw. Rejsie Zwycięstwa płynąc Odrą z Wrocławia do Szczecina w maju któregoś roku.

Czasy studenckie, 1979 rok

Jak wyglądała Pana kariera zawodowa i czy było w niej miejsca dla akordeonu?

Po ukończeniu studiów wróciłem w rodzinne strony zatrudniając się jako specjalista ds. produkcji roślinnej w PGR-Domaszków. Tu również od czasu do czasu grywałem na akordeonie przy okazji dożynek i innych imprez.

Dożynki, 1984 r.

Moim kolejnym miejscem pracy stała się Szkoła Podstawowa w rodzinnej miejscowości Długopole Dolne. Nie planowałem pracy w zawodzie nauczyciela, ale życie napisało scenariusz po swojemu. Rozpocząłem pracę w szkole w czasie, gdy wyższe wykształcenie uprawniało do nauczania praktycznie wszystkich przedmiotów. Aby zapełnić tzw. pensum uczyłem więc chemii, geografii, biologii, a także… muzyki! Jako ciekawostkę dodam, że w swojej karierze zawodowej uczyłem również przyrody, sztuki, plastyki, techniki i fizyki. Kolejne reformy edukacji wymagały ode mnie studium pedagogicznego, a także studiów podyplomowych z chemii, przyrody i sztuki (plastyka i muzyka). Promotorem mojej pracy dyplomowej pt. „Muzyka w przyrodzie i przyroda  w muzyce” był dr Michał Moc – wrocławski akordeonista i kompozytor. Jako nauczyciel starałem się zawsze przekazywać piękno sztuki nie tylko na zajęciach, ale również prowadząc zespoły muzyczne, szkolne chóry czy akompaniując solowym wykonawcom. Uzdolnieni uczniowie, a było ich sporo, byli zachęcani do nauki w szkole muzycznej. W prowadzonych przeze mnie zespołach starałem się wprowadzać ambitny repertuar. Grywaliśmy utwory Schumanna, Schuberta, czy Ketèlbey’a. W ramach umuzykalniania dzieci i młodzieży regularnie organizowałem w szkole koncerty zawodowych artystów, w tym akordeonistów, a także wyjazdy wrocławskiej Filharmonii, Opery, czy Narodowego Forum Muzyki. Pochwalę się, że za całokształt mojej działalności pedagogicznej zostałem odznaczony Medalem Komisji Edukacji Narodowej.   

Ważnym etapem mojej kariery pedagogicznej, można powiedzieć szczytowym, było pełnienie w latach latach 2005-2012 funkcji dyrektora Gimnazjum Nr 2 w Wilkanowie. Szkoły bardzo ciekawej nie tylko od strony pedagogicznej ale i architektonicznej – klasy były zbudowane w postaci sześciokątów foremnych niczym plaster miodu. Szkoła powstała po powodzi w 1997 roku, która zniszczyła poprzednią.

Budynek dawnego gimnazjum, obecnie Szkoły Podstawowej w Wilkanowie (fot. srw-bystrzyca.pl)

Nie muszę dodawać, że muzyka odgrywała w niej bardzo ważną rolę. Działał tam np. zespół wokalny pod nazwą WolfGang, który występował na imprezach gminnych i powiatowych oraz brał udział w różnych przeglądach artystycznych. Jako ciekawostkę dodam, że absolwentem tego gimnazjum jest Hubert Capaja – absolwent klasy akordeonu Akademii Muzycznej w Poznaniu w klasie pani profesor Teresy Adamowicz-Kaszuby. Opowieść o tej szkole to temat na inny obszerny wywiad…

Zespół wokalny WolfGang

Jak określiłby Pan swój status jako muzyka?

Gra na akordeonie jest moją wielką pasją i hobby, realizacją moich młodzieńczych marzeń bycia wirtuozem pokroju Richarda Galliano. Jakkolwiek gram również zarobkowo to nigdy nie ośmieliłbym się nazwać muzykiem profesjonalnym ze względu na szacunek do ludzi, którzy poświęcili swoje życie wykształceniu i karierze muzycznej.

Okazja do gry zarobkowej wiąże się z osobą mojej Żony, która jest wykształconym muzykiem. Oprócz pracy w szkole muzycznej w Bystrzycy Kłodzkiej, była również członkinią zespołu instrumentalnego grającego dla kuracjuszy Lądka i Długopola Zdroju. Pewnego razu wróciła z koncertu i zaproponowała mi zagranie zastępstwa za akordeonistę, który wyjeżdżał na dłużej. Nie wiem dlaczego, ale zgodziłem się! Żona przyniosła mi cały plik nut i po 20 latach powróciłem do bardziej aktywnej gry na akordeonie. Tak zostało do dziś – już przeszło ćwierć wieku występuję w Orkiestrze Zdrojowej i wykonuję „tradycyjną muzykę uzdrowiskową”, czyli utwory Johanna Straussa i innych klasyków operetki; przeboje muzyki klasycznej m.in. Mozarta, Bacha, Schuberta, Schumanna; muzykę filmową, musicalową itp.. Rocznie wykonuję około 40 godzinnych koncertów (choć był czas, że tych koncertów grałem nawet dwa razy więcej). Dodam jeszcze, że aktualnie prowadzę te koncerty oraz stałem się nieformalnym „kierownikiem artystycznym”.  

Plakat koncertowy Zespołu Zdrojowego

Skąd Pana zainteresowanie oryginalną muzyką akordeonową? 

Kiedy zacząłem grać w Orkiestrze Zdrojowej postanowiłem doskonalić swoje umiejętności. Nie chciałem, by moja sztuka wykonawcza odbiegała od pozostałych członków zespołu, którymi byli wykształceni muzycy, nierzadko nauczyciele Szkół Muzycznych. Zdecydowałem się na indywidualne lekcje akordeonu, a moim nauczycielem został Marian Szczebak – absolwent prof. Joachima Pichury, związany ówcześnie z Akademią Muzyczną we Wrocławiu. Po kilku spotkaniach uwierzył On w moje umiejętności i dzięki Niemu zagrałem utwory oryginalnie napisane na akordeon, jak na przykład Sonata h-moll Nikołaja Czajkina, czy etiudy z cyklu Paganiniana Hansa Brehmego. Przekazał mi również nuty m.in. Toccaty i fugi d-moll Jana Sebastiana Bacha, Il Treno Wolmera Beltramiego, czy La Campanelli Rudolfa Würthnera. 

Czy z uwagi na repertuar nie zastanawiał się Pan nad zmianą instrumentu na akordeon guzikowy? 

Nie, gdyż miałem świadomość, że nie zrobię już większej kariery muzycznej, a musiałbym się uczyć w zasadzie od nowa. Z drugiej strony nie brakuje nawet dzisiaj akordeonistów klawiszowych światowej klasy, np. Ksenija Sidorowa, Martynas Levickis, prof. Teresa Adamowicz-Kaszuba (nawiasem mówiąc moim zdaniem najlepsza Pani Profesor!), Jej mąż prof. Jerzy Kaszuba, prof. Elżbieta Rosińska, czy cały kwintet prof. Puchnowskiego. W końcu najważniejsza jest muzyka, która przecież, jak stwierdził Charles Baudelaire, „dziurawi niebo” i emocje, które zawiera i które są do przekazania. 

Trudno ująć to lepiej! Zgłębiając więc temat akordeonów klawiszowych, Pana akordeonów na przestrzeni lat…  

Pierwszy mój akordeon to wspomniana 80-cio basowa Victoria II. Kolejnym był kupiony jako nowy, w sklepie we Wrocławiu, Weltmeister S-4. Dalej przyszedł czas na modele Supita. Pierwsza okazała się po zakupie nieco zdezelowaną i musiałem oddać ją do gruntownego remontu i strojenia. Druga, na której aktualnie gram, przeszła gruntowny „lifting” w Castelfidardo. Ma klawiaturę przerobioną na styl włoski z dwiema osiami w klawiaturze prawej ręki. Sądzę, że już przy niej pozostanę. Na współczesne instrumenty nie było mnie stać, choć marzyłem, aby kupić sobie akordeon Pigini. Taki instrument, nawet standardowy, posiada jednak zaporową dla mnie cenę.  

Spośród wszystkich wybitnych klawiszowych akordeonistów szczególnie wyróżnił Pan prof. Teresę Adamowicz-Kaszubę. Wiem, że Państwa muzyczne drogi nie raz się przecięły. Jak duży wpływ miała na Pana ta postać i jakie są kulisy Państwa spotkania?

Panią profesor Teresę Adamowicz-Kaszubę poznałem przy okazji obrony doktoratu mojej córki Hanny Lizinkiewicz, która jest pianistką i obecnie wykładowcą na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Ćwiczyłem w tym czasie Cztery pory roku Vivaldiego, przypominałem sobie sonatę Czajkina i namiętnie „rzeźbiłem” Walc dla Małgorzaty Richarda Galliano. Zapytałem Panią Profesor czy zechciałaby udzielić mi kilku lekcji. Chętnie się zgodziła, a po pierwszym spotkaniu przekazała mi nuty Koncertu a-moll Kurta Mahra. Z wielkim zapałem zabrałem się za ćwiczenie. Po drugiej lekcji Pani Profesor zaprosiła mnie do zagrania pierwszej części tego koncertu wraz z Córką podczas jednej z edycji Międzynarodowych Dni Akordeonu AkoPoznań. Było to dla mnie niezwykle radosne i nobilitujące przeżycie (choć trema była) – w końcu zagranie jako amator ze studentami i profesorami na Auli Nova nie przytrafia się każdemu. Spotkały mnie gratulacje Pani Profesor oraz prof. Joachima Pichury, dr Eneasza Kubita i kilku innych uczestników konferencji. Wraz z Córką wystąpiłem na Akademii również przy okazji koncertu poświęconego Astorowi Piazzolli. Wykonaliśmy tango Rio Sena

Stanisław Tarchała w duecie z córką na Auli Nova Akademii Muzycznej w Poznaniu

Wracając do postaci Pani Profesor – nigdy nie wzięła ode mnie żadnych gratyfikacji twierdząc, że profesorowie Akademii mają w obowiązkach statutowych wspierać takich pasjonatów z ulicy, jak ja. Stwierdziła ostatnio również, że powinienem zdać egzamin na studia (nie ma ograniczenia wieku) i bardzo chętnie by mnie widziała w swojej klasie akordeonu. Jak tu nie kochać takiej Pani Profesor i nie uznawać, że jest najlepsza na świecie?    

Pamiątka z Międzynarodowych Dni Akordeonu AkoPoznań, Stanisław Tarchała stoi za prof. Teresą Adamowicz-Kaszubą

Wspominał Pan, że Pana Córka – Hanna Lizinkiewicz – jest pianistką. Dwaj Pana synowie również uczyli się w szkołach muzycznych. Czy to Pan zaszczepił w dzieciach miłość do muzyki?

Odpowiadając na to pytanie można stwierdzić, że córka, jak i dwóch synów, wyssali muzykę z mlekiem matki. Moja Żona ukończyła wydział Teorii Muzyki na Akademii Muzycznej we Wrocławiu, pracowała w Szkole Muzycznej w Bystrzycy, a nawet przez 14 lat była jej dyrektorem. Dzieci nie miały zatem wyjścia i musiały być zapisane do szkoły muzycznej. Hania wykazywała ponadprzeciętne zdolności i po trzech latach w Bystrzycy trafiła do wspaniałej profesorki fortepianu w PSM I i II st. w Nysie, pani Lucyny Dąbrowskiej. I wszystko byłoby OK, gdyby nie odległość pomiędzy Długopolem Dolnym a Nysą (ok. 78 km), a lekcje odbywały się dwa razy w tygodniu… Daliśmy radę (samochody niekoniecznie – zmieniałem czterokrotnie) i Hania ukończyła szkołę w Nysie (podobnie, jak syn Grzegorz, jednak on został inżynierem i dziś jest doktorem habilitowanym i profesorem Politechniki Wrocławskiej). Córka podjęła studia na Akademii Muzycznej w Poznaniu w klasie profesora Tatarskiego, pozostała na uczelni, obroniła doktorat, a aktualnie przebywa na urlopie macierzyńskim, gdyż urodziła mi wspaniałego wnuka Huberta.  Drugi syn, Michał, skończył edukację muzyczną na poziomie szkoły I stopnia w klasie trąbki.

Koncert Stanisława Tarchały z Córką i Synem

Wracając jeszcze na chwilę do PSM w Nysie… Aby zająć sobie czas czekając na zakończenie zajęć moich pociech zacząłem chodzić na chór, który prowadził pan Stanisław Kosz. Udało mi się zaśpiewać w basach największe dzieła (m.in. Requiem Mozarta, Mszę h-moll Bacha, kantaty Bacha, Mszę Koronacyjną Mozarta). Nawet kiedy Hania i Grzesiu skończyli naukę zawsze we wrześniu jeździłem na próby i występowałem na festiwalu organizowanym przez stowarzyszenie działające przy nyskiej szkole. Dopiero pandemia koronawirusa przerwała tę piękną tradycję, której mi bardzo brakuje. 

Pani profesor Teresa Adamowicz-Kaszuba wraz z mężem i dziećmi stworzyła zespół Familiare. Czy Pan również muzykował z Żoną i dziećmi?

Tak, szczególnie kiedy jeszcze mieszkaliśmy w jednym domu muzykowaliśmy tworząc Tarchała Quartet. Graliśmy tzw. przeboje mistrzów, na przykład Eine Kleine Nachtmusik, Humoreskę Dvořáka itp. Występowaliśmy m.in. na Festiwalu Rodzin Muzykujących we Wrocławiu, w zaprzyjaźnionej miejscowości w Czechach i w wielu innych miejscach. Dodatkowo z synem grywałem na ślubach. Chciałbym wystąpić też jeszcze niejeden raz z córką. 

Tarchała Quartet

 Dlaczego dzieci nie grają na akordeonie?

Decyzja należała do profesjonalisty, czyli małżonki. Ja na wszelki wypadek nie chciałem się wtrącać (śmiech). 

Bierze Pan udział m.in. w kursach mistrzowskich. Ile razy i w których ośrodkach miał Pan okazję doskonalić swój warsztat?

Po przejściu na emeryturę podjąłem współpracę z panem Dariuszem Kownackim, nauczycielem akordeonu w Szkołach Muzycznych Nysy i Opola (wychowawcy m.in. zwycięzcy programu Mam Talent – Lukasa Gogola) oraz koordynatorem na Polskę konkursu Trophée Mondial De L’accordéon. Dzięki panu Kownackiemu uczestniczyłem w warsztatach z prof. Klaudiuszem Baranem oraz w polsko-czeskich warsztatach w Hradec nad Moravicí, gdzie zajęcia prowadzili m.in. dr Marcela Kysová Halmová, prof. Ewa Grabowska-Lis i dr hab. Daniel Lis. 

Koncert w ramach polsko-czerskich warsztatów

Skorzystałem również z warsztatów akordeonowych, które odbywały się w Poznaniu w ramach Międzynarodowych Dni Akordeonu. Miałem otwarte zajęcia z dr Michałem Gajdą i prof. Teresą Adamowicz-Kaszubą.  

Uczestnictwo w warsztatach na pewno się opłaca, gdyż osiąga Pan wspaniałe wyniki w konkursach akordeonowych!

Myślę, że określenie „wspaniałe wyniki” jest użyte trochę na wyrost. Jestem „weteranem” Konkursu Akordeonowego Hrabstwa Kłodzkiego – brałem udział w siedmiu lub ośmiu edycjach (dokładnie nie pamiętam). Wyniki – raz I miejsce i w pozostałych edycjach II miejsce. W ślad za jednym z uczestników tego konkursu w 2021 roku wysłałem po raz pierwszy nagranie na konkurs Trophée Mondial De L’accordéon. Wybrałem kategorię dla amatorów. Można sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy otrzymałem zwrotnego maila, że nie mogą mnie przyjąć do tej kategorii z uwagi na prezentowany przeze mnie (zbyt wysoki) poziom. Zaproponowali przeniesienie do innej kategorii lub zwrot wpisowego. Zgodziłem się oczywiście na pierwszą opcję i zająłem VI miejsce (grałem finał Sonaty h-moll Czajkina). Wysłałem także nagrania na ogólnodostępną kategorię z utworem Richarda Galliano (grałem Walc dla Małgorzaty) i utworem z kraju uczestnika (wybrałem Poloneza A-dur Fryderyka Chopina). W tym współzawodnictwie otrzymałem Dyplom Honorowy i Nagrodę Publiczności po głosowaniu internetowym (zwróciłem się z prośbą o głosowanie na różnych forach akordeonistów). Nagrody te wręczył mi – w formie online – Richard Galliano, przekręcając przy okazji moje nazwisko. Miało to miejsce w czasie transmisji na żywo na portalu Facebook.

Dyplom Trophée Mondial De L’accordéon

W roku 2022 zdobyłem V miejsce za wykonanie Toccaty i fugi d-moll J. S. Bacha, w 2023 roku miejsce II za wykonanie La Campanelli Würthnera i Fugi e-moll J. S. Bacha. Szczególnym dla mnie był 2024 rok – zająłem I miejsce (w repertuarze miałem Il Treno oraz temat i 6 wybranych etiud z Paganiniany) i zostałem zaproszony do udziału w konkursie na żywo w miejscowości Montargis we Francji. 

Koncert finałowy Trophée Mondial De L’accordéon w Montargis

Zdaje się, że francuski konkurs można uznać za “przygodę życia”…

Tak, dla mnie była to jedna z ciekawszych przygód życia. Sam konkurs jest bardzo rozbudowany, ma szeroki zasięg – od Chin po najdalsze zakątki Europy. Współzawodnictwo odbywa się w dużej ilości kategorii i daje szansę pokazania się zarówno młodym akordeonistom – uczniom szkół muzycznych, studentom, amatorom i zawodowym instrumentalistom, aż po orkiestry akordeonowe. Konkurs odbywa się najpierw w formule online. Ma to oczywiście, mówiąc kolokwialnie, plusy dodatnie i plusy ujemne. Te pierwsze to możliwość wysłania nagrania bez większych kosztów (np. przelotu, hoteli) z każdego zakątka świata. Plusy ujemne to brak atmosfery, brak kontaktu z publicznością, czy też pozytywnego stresu przed występem. Ten stres uważam za bardzo potrzebny, a jego opanowanie jest kluczową umiejętnością artysty grającego na żywo (co jest istotą wykonawstwa profesjonalnego). Nie mniej uważam, że szczególnie w czasach pandemii koronawirusa takie konkursy były niezastąpione i pozwoliły utrzymać ciągłość współzawodnictwa. Obecnie jednak, moim zdaniem, formuła online może służyć preselekcji, właściwa część musi się odbywać na żywo.   

Przygoda pod tytułem “Montargis” była wielkim, niepowtarzalnym przeżyciem już od momentu zaproszenia mnie połączonego z wywiadem na żywo prowadzonym przez Frederica Deschampsa (tłumaczem był pan Kownacki), aż po występ przed międzynarodowym Jury i zagraniem przed kilkusetosobową publicznością w Koncercie Laureatów. Spotkałem się z ciepłym przyjęciem publiczności. Otrzymałem gratulacje od samego Frederica Deschampsa, a także od nieznanego mi bliżej akordeonisty z Wiednia, który gratulując mi stwierdził, że kiedy studiował u profesora Puchnowskiego, też grał La Campanellę. Żartobliwie dodam, że wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie zdjęcie, które zrobił mi fotoradar w Niemczech… Chociaż nawet to nie zmąciło mojej satysfakcji i radości z tego, co udało mi się na „stare lata” osiągnąć!    

Frederic Deschamps i Stanisław Tarchała

Myślę, że przed Panem jeszcze wiele wspaniałych osiągnięć, a te „stare lata” pozwoliły Panu doświadczyć wielu przemian w świecie akordeonu. Ostatnie kilkadziesiąt lat to wielki postęp techniki zarówno pod względem budowy naszego instrumentu, jak i możliwości wymiany informacji. Jak ten świat zmienił się z Pana perspektywy?

W latach 60-tych, kiedy zaczynałem naukę, dostęp do artystycznej muzyki akordeonowej możliwy był dla mnie tylko poprzez szkołę muzyczną. Tam można było spotkać wykształconych nauczycieli, a w bibliotece można było wypożyczyć nuty na akordeon. Ja zaczynałem od Szkoły na akordeon Witolda Kulpowicza. Do dziś pamiętam jak wyglądała i jak wyglądał papier, który nazwałbym zgrzebnym. Następne pozycje to Gamy i pasaże, również Kulpowicza, z której najbardziej podobały mi się kadencje, Etiudy Czernego, Skarbczyk akordeonisty, czy Wybrane sonatiny. Przeważnie nie była to oryginalna muzyka akordeonowa, a transkrypcje. 

Jeżeli ktoś chciał zagrać jakiś utwór akordeonowy to z reguły musiał przepisywać nuty. Ja na przykład własnoręcznie przepisałem Wesołego Caballero, Oczy Czarne opracowanego przez Frosiniego, czy polkę Perles de cristal André Verchurena. Nuty można też było spotkać w formie odbitek na tzw. powielaczu. Miały charakterystyczny fioletowy koloryt. 

W tym czasie moja wiedza na temat muzycznych wirtuozów była znikoma, choć znałem nazwisko profesora Lecha Puchnowskiego i wiedziałem, że koncertuje za granicą z kwintetem akordeonowym. Ta bardzo okrojona wiedza wynikała pewnie z faktu, że byłem jeszcze dzieckiem z małej wioski, bez możliwości wybrania się na profesjonalny koncert, czy zakupu płyt. Po nie trzeba było jechać ponad 100 km do sklepu muzycznego we Wrocławiu. Trudno to sobie wyobrazić we współczesnych czasach, gdy każde nagranie dostępne jest po kliknięciu kilku klawiszy na komputerze… Porównując ówczesne czasy do dzisiejszych zauważam też brak popularnych dziś warsztatów, czy konkursów.  

Gdy po około 25 latach, w latach 90-tych, powróciłem do ambitniejszej gry na akordeonie sytuacja wyglądała jakby z innej epoki. Nie było już problemu z wydawnictwami nutowymi, dostępne były kserokopiarki, można było kupić płyty, czy kasety magnetofonowe z nagraniami, a w ostateczności skopiować je na kasetę magnetofonową. Pojawiły się już akordeony z konwerterem, choć wielu akordeonistów grało jeszcze na Weltmeistrach Supita lub Supita B. O nowinkach technicznych dowiadywałem się przeważnie od nauczycieli. Pan Marian Szczebak posiadał na przykład Supitę B z dodatkowym, trzyrzędowym manuałem melodycznym. Posiadał też nuty i nagrania oryginalnej literatury akordeonowej i chętnie się nimi ze mną dzielił. 

Dziś jak wiadomo żyjemy w epoce internetu i w kilka chwil możemy mieć dostęp do nut, tematycznych artykułów, wielu wykonań tego samego utworu, a nawet akompaniamentu fortepianowego, z którym ja np. ćwiczę Koncert skrzypcowy a-moll Bacha. Akordeon również można kupić przez internet. Nie ma problemów z dotarciem do firm lub pośredników zajmujących się sprzedażą akordeonów renomowanych firm, można złożyć zamówienie według własnych potrzeb i upodobań. Działa wiele stron internetowych poświęconych akordeonowi, czy profili na portalu Facebook. Bardzo rozwinęło się szkolnictwo muzyczne nie tylko w Polsce, ale w wielu innych krajach, w tym w Chinach. Organizowane są konferencje, konkursy, festiwale i warsztaty akordeonowe. Współczesne kompozycje akordeonowe nabierają zupełnie nowego oblicza i wymiaru, niż te z czasów mojej młodości. Moim zdaniem utworom kompozytorów z XX wieku daleko do współczesnych kompozycji na akordeon, które raczej są poza moimi możliwościami i co za tym idzie zainteresowaniem wykonawczym. Okazuje się, że akordeon to instrument, który rozwija się chyba najszybciej jeśli idzie o instrumenty analogowe. Dostępne są też akordeony cyfrowe wyznaczające nowe drogi rozwoju tego instrumentu. Ja pozostaję jednak przy kompozycjach w miarę tradycyjnych i gram na akordeonie klasycznym. 

Na koniec, dziękując za wyczerpujący wywiad, chciałbym zapytać o Pana „akordeonowe” plany na przyszłość. 

Na pewno nie odstawię mojego ukochanego instrumentu na tzw. półkę. Po pierwsze uważam, że muzyka to najpiękniejsza ze sztuk i cieszę się, że mogę ją na żywo przekazywać innym wrażliwym ludziom. Na szczęście Gmina Bystrzyca Kłodzka wyasygnowała środki na działalność Zespołu Zdrojowego w Długopolu Zdroju na rok 2025. Granie dla kuracjuszy jest bardzo przyjemne, z reguły mamy komplet publiczności i choć zdaję sobie sprawę, że nie jest to muzyka „z najwyższej półki”, to bardzo przyjemny dla mnie jest aplauz słuchaczy. Wielu z nich dziękuje osobiście za muzyczne wrażenia, miło spędzony czas, zrelaksowanie i odpoczynek.    

Zamierzam także zacząć ćwiczyć nowe utwory, chcę sięgnąć m.in. do kompozycji Astora Piazzolli. Przeglądając ostatnio szafkę z nutami natknąłem się na II Rapsodię Węgierską Liszta w opracowaniu na akordeon – też spróbuję ją odczytywać. Chcę wyćwiczyć parę walców musette. Podczas wakacji znów wybiorę się na warsztaty polsko-czeskie. W październiku, na prośbę dyrektor PSM I i II st. w Bystrzycy Kłodzkiej pani Barbary Prasał, wystąpię na 80-leciu tejże szkoły. 

W moich marzeniach jest również przygotowanie koncertu, który chciałbym wykonać w ramach wernisażu moich mozaik w Muzeum Filumenistycznym w Bystrzycy Kłodzkiej, co zaplanowane jest na wiosnę przyszłego roku. Mozaiki to kolejna moja pasja – w przerwach między pracą i ćwiczeniem na akordeonie wyklejam sobie układanki z małych ceramicznych kolorowych kwadracików lub szkiełek. Z reguły są to moje wersje dzieł wielkich malarzy, np. van Gogha, Klimta, Muncha, czy Picassa. 

Mozaika autorstwa pana Stanisława