„Akordeon musi wrócić do ludzi”- rozmowa z Arkadiuszem Gembarą

30.11.2025

Autor: Mateusz Doniec


Artykuł został opublikowany w ramach programu KPO dla Kultury, finansowanego z Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO), realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca.


Arkadiusz Gembara to akordeonista, pedagog oraz autor materiałów dydaktycznych, od wielu lat związany zarówno z edukacją muzyczną, jak i działalnością koncertową. W rozmowie, którą przeprowadziłem dla Akordeon.info, Arkadiusz opowiada o swojej drodze muzycznej, doświadczeniach nauczycielskich, pracy twórczej nad podręcznikami oraz o tym, jak zmienia się świat akordeonu z jego perspektywy. To nauczyciel, który ma wiele przemyśleń i potrafi mówić o nich otwarcie, a poruszanie ważnych – czasem także trudnych – tematów jest dla tego portalu szczególnie istotne.

Arkadiusz Gembara

Arkadiusz Gembara (ur. 1979 w Oleśnicy) – członek Encyklopedii Osobistości Rzeczypospolitej Polskiej, kompozytor, wydawca, nauczyciel. Kształcił się w Rybniku, a następnie studiował akordeon na Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu (2000–2005). Po studiach współpracował z Teatrem Muzycznym Capitol i uczył w kilku szkołach muzycznych w regionie. Obecnie prowadzi klasę akordeonu w PSM I i II stopnia w Bystrzycy Kłodzkiej. Koncertuje w zespołach Tangonetta i Quartet Tangonetta, a także prowadzi własne wydawnictwo nutowe MojeNuty.pl, w ramach którego tworzy i publikuje materiały edukacyjne dla akordeonistów.

Jak zaczęła się Twoja historia z akordeonem? Co Cię wtedy najbardziej wciągnęło w ten instrument?

Moja historia z akordeonem zaczęła się w bardzo rodzinnej atmosferze, podczas spotkań w domu, na których na starej Viktorii grała moja ciocia. Warto wspomnieć, że również moja mama miała swoją przygodę z akordeonem, ucząc się w szkole muzycznej w Oleśnicy.

To właśnie wtedy pierwszy raz pomyślałem, że akordeon „ma w sobie coś szczególnego”. Poprosiłem ciocię, żeby pokazała mi podstawy. Dała mi kilka pierwszych lekcji ze „Szkoły na akordeon klawiszowy” Kulpowicza i namówiła, żebym zapisał się do szkoły muzycznej. Tak rozpoczęła się moja prawdziwa przygoda z tym instrumentem.

Co ciekawe, pierwszym instrumentem, który mnie zainspirował, nie był akordeon, lecz… fortepian. U moich dziadków stało pianino Calisia, a ja jako mały chłopiec siadałem do niego i „plumpkałem”, ile tylko mogłem. Mam nawet zdjęcie z tym fortepianem, zrobione, gdy miałem około dwóch lat. Swoje pierwsze melodie – „Wlazł kotek na płotek” oraz „Pojedziemy na łów” – zagrałem mając około ośmiu lat, a nauczył mnie ich mój wujek Mariusz, również z zawodu muzyk.

Pierwsze doświadczenia z pianinem

Można więc zapytać: skoro tak fascynował mnie fortepian, dlaczego wybrałem akordeon?
Odpowiedź jest bardzo prosta i wynikała z realiów tamtych czasów. W domu po prostu nie mieliśmy pianina. Trzeba pamiętać, że była to końcówka PRL-u – trudny okres. Gdy w 1989 roku rozpoczynałem naukę, moi rodzice nie mogli pozwolić sobie na zakup pianina, które kosztowało wtedy majątek. Jedynym instrumentem w domu była wspomniana Viktoria, więc wybór dokonał się naturalnie.

Moja droga zaczynała się więc od fortepianu, ale to akordeon ostatecznie skradł mi serce i został ze mną po dziś dzień.

Jak wspominasz swoją edukację w Rybniku i we Wrocławiu? Były osoby albo momenty, które szczególnie Cię ukształtowały?

Moja edukacja muzyczna rozpoczęła się w 1989 roku w PSM I i II st. im. Szafranków w Rybniku, do której trafiłem jako dziesięciolatek po zdanym przesłuchaniu. To właśnie tam zaczęła się moja świadoma i systematyczna droga muzyczna.

Moim pierwszym nauczycielem był mgr Jarosław Jeżewski, którego wspominam z ogromnym sentymentem. To on nauczył mnie fundamentów gry, zaraził pasją do akordeonu i zabierał na pierwsze konkursy – m.in. do Raciborza i Mławy. Już wtedy pojawiały się pierwsze drobne sukcesy, a ja coraz głębiej zakochiwałem się w muzyce akordeonowej.

Z nauczycielem mgr Jarosławem Jeżewskim

Zaczynałem swoją przygodę na szkolnym akordeonie klawiszowym marki Weltmeister, jednak już po niespełna pół roku pan Jeżewski zaproponował mi przejście na akordeon guzikowy. Od razu zachwyciła mnie jego organowa, głęboka barwa – był to instrument kanałowy, który otworzył przede mną zupełnie nowe możliwości brzmieniowe. Bardzo szybko pokochałem muzykę polifoniczną, a mój pierwszy tego typu utwór… nauczyciel przepisał dla mnie ręcznie. W tamtych czasach dostęp do instrumentów i nut był mocno ograniczony.

Instrumenty szkolne często pozostawiały wiele do życzenia – do dziś pamiętam egzamin z czwartej klasy, kiedy podczas wykonywania fugi wypadł mi guzik w basach. Śrubokręt był wtedy nieodłącznym elementem wyposażenia każdego akordeonisty 😊 Grało się głównie z luźnych kartek, pożółkłych kserówek i tego, co udało się zdobyć od pedagogów.

W pewnym momencie mój nauczyciel przekonał moich rodziców, że potrzebuję lepszego instrumentu, bo ten, na którym ćwiczyłem, wyraźnie hamował mój rozwój. W realiach PRL-u zakup dobrego akordeonu znacznie przekraczał możliwości finansowe naszej rodziny. Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy tata wyjechał do pracy do Niemiec. Dzięki temu mógł spełnić moje wielkie marzenie – kupił mi wymarzony akordeon Weltmeister Carina 120 basów, a dodatkowo również pianino marki Legnica.

Warto zaznaczyć, że szkoła, którą ukończyłem w 1998 roku, należy do grona placówek o wyjątkowych tradycjach. To właśnie z niej wywodzili się światowej klasy muzycy: Henryk Mikołaj Górecki, Piotr Paleczny, Adam Makowicz, Jan Wincenty Hawel. Byłem naprawdę dumny, że mogłem kształcić się w miejscu o tak ogromnym prestiżu i dorobku artystycznym.

Nauczyciele, którzy ukształtowali mój charakter i styl muzyczny

W latach 1994–2000 uczęszczałem do II stopnia, a moim nauczycielem był śp. Franciszek Prus. Rozbudził we mnie miłość do muzyki rozrywkowej. Często stałem pod drzwiami sali lekcyjnej, słuchając, jak gra przepiękne walce musette czy improwizowane miniatury.

W tym okresie szkoła zakupiła koncertowy akordeon Borsini. Dzieliłem go naprzemiennie co drugi tydzień z kolegą Radkiem, aż do czasu, gdy rodzice Radka kupili mu akordeon koncertowy.

Ogromną rolę odegrał też mój nauczyciel fortepianu, śp. Bolesław Motyka. To on zaszczepił we mnie zamiłowanie do komponowania. Był świetnym pianistą, dyrygentem i kompozytorem. Potrafił „na kolanie” pisać miniatury fortepianowe – część z nich grałem. Na lekcjach aranżował utwory spontanicznie, jeśli uznał, że ich faktura „nie leży pianistycznie”. Kontakt z taką osobowością uczył wrażliwości i twórczego spojrzenia na muzykę.

Trudny, ale niezwykle formujący czas

Połączenie nauki w szkole muzycznej z liceum ogólnokształcącym w Rybniku było ogromnym wyzwaniem. Moje dni zaczynały się często o 6:30, a kończyły nawet o 1:00 w nocy. Po lekcjach w liceum szedłem prosto na zajęcia do szkoły muzycznej, potem brałem ćwiczeniówkę i grałem zwykle do 20:00. Do domu wracałem około 21:00, a naukę do liceum zaczynałem często dopiero wtedy – zdarzało się, że kończyłem o 1:00–2:00 w nocy.

Dzisiaj sam się czasem dziwię, że znalazłem w sobie tyle determinacji, żeby to wszystko udźwignąć. Miałem momenty zwątpienia, patrzyłem z zazdrością na rówieśników, którzy mieli dużo więcej wolnego czasu. Ale muzyka była ponad to – i wygrała.

Młody Arkadiusz Gembara podczas koncertu

Pierwsza praca – początek drogi pedagogicznej

Po maturze miałem jeszcze dwa lata nauki w PSM II stopnia, zanim mogłem aplikować na studia. W tym czasie, jako 18-latek, podjąłem swoją pierwszą muzyczną pracę w zawodzie – uczyłem w Ognisku Muzycznym w Wilczy. Dojeżdżałem tam około 20 km rowerem, dwa razy w tygodniu, bo komunikacja autobusowa była praktycznie nierealna. Była to ogromna szkoła życia i odpowiedzialności.

Akademia Muzyczna we Wrocławiu – nowy rozdział

Na Akademię Muzyczną we Wrocławiu zdałem w 2000 roku. Moim nauczycielem prowadzącym został as. Piotr Dziubek – wybitny akordeonista, pianista i kompozytor. U niego doskonaliłem technikę akordeonową, ale też rozwijałem się pianistycznie i kompozytorsko. Godzinami ćwiczyłem repertuar akordeonowy i fortepianowy, nie zapominając przy tym o pięknym życiu studenckim w nieistniejącym już akademiku „Kurant” przy ul. Tęczowej. To tam nauczyłem się samodzielności, odpowiedzialności i radzenia sobie w różnych sytuacjach. Na studiach szło mi bardzo dobrze – przez większość lat otrzymywałem stypendium naukowe, które bardzo pomagało w codziennym życiu. Tylko raz stypendium nie otrzymałem – w roku, w którym, jak żartuję, „trochę za bardzo sobie pofolgowałem”.

Praca z dziećmi romskimi – niezwykła lekcja muzyki i życia

Na czwartym roku podjąłem także pracę w fundacji prowadzącej zajęcia dla dzieci romskich. Dojeżdżałem do szkoły na Brochowie, starając się wprowadzić je w świat nut i teorii. Szybko jednak zrozumiałem, że muzyka w kulturze romskiej funkcjonuje zupełnie inaczej – tam króluje gra ze słuchu, naturalna intuicja i spontaniczność. Była to dla mnie cenna lekcja: muzyka może żyć poza akademickimi zasadami, w czystej, żywej formie. Po roku zrezygnowałem, bo musiałem skupić się na przygotowaniach do dyplomu.

Po studiach działałeś i w teatrze, i w szkołach. Jak wyglądało łączenie sceny z nauczaniem?

Łączenie pracy scenicznej z nauczaniem było jednym z najbardziej intensywnych, ale też najcenniejszych etapów w moim życiu. Już podczas studiów miałem styczność z profesjonalną sceną. Na 4. roku Akademii Muzycznej mój nauczyciel, Piotr Dziubek – wówczas kierownik muzyczny Teatru Muzycznego Capitol – zaproponował mi i mojemu koledze Łukaszowi udział w spektaklu „Opera za 3 grosze”. Dla młodego muzyka było to ogromne wyróżnienie i niesamowite doświadczenie. Teatr uczył mnie rzeczy, których nie daje żadna szkoła:
– kontaktu z publicznością,
– naturalności i swobody na scenie,
– improwizacji i szybkiego reagowania,
– pracy pod presją,
– umiejętności grania „tu i teraz”.
W teatrze muzyka żyje. Oddycha publicznością, dynamiką sceny i emocją chwili. To była dla mnie wielka szkoła wrażliwości i pewności siebie.

Pierwsze prace po studiach – nauczanie i praca w wydawnictwie

Na 5. roku studiów, chcąc odciążyć finansowo rodziców i wejść już w dorosły etap, zatrudniłem się w wydawnictwie nutowym nuty.pl. Pracowałem tam przez dwa lata, zdobywając doświadczenie w:
– edycji nut,
– kompozycji,
– przygotowaniu materiałów edukacyjnych,
– oraz w nauczaniu w ich ognisku muzycznym „Fraza”.
Był to bardzo ważny etap – dzięki pracy w wydawnictwie zobaczyłem, jak wygląda rynek publikacji muzycznych „od kuchni” i jak powstają zawodowe edycje nut. Te doświadczenia zaprocentowały wiele lat później przy tworzeniu własnego wydawnictwa mojenuty.pl.

Równolegle szukałem pracy w szkołach muzycznych. W 2006 roku zatrudnił mnie  śp. Tadeusz Piotrowski w PSM I st. w Bystrzycy Kłodzkiej. To właśnie tam rozpocząłem swoją drogę pedagogiczną na pełnych obrotach. W następnych latach pracowałem również w:
– PSM I st. w Kłodzku,
– PSM I st. we Wrocławiu,
– PSM II st. we Wrocławiu.

Jako młody absolwent nie mogłem narzekać na brak pracy – wręcz przeciwnie, pracowałem w kilku miejscach równocześnie i zdobywałem doświadczenie, które prowadzi mnie do dziś.

Synergia sceny i pedagogiki

Kiedy pracowałem już jednocześnie w szkołach i w teatrze, czułem bardzo mocno, jak te dwie przestrzenie wzajemnie się uzupełniają. Scena uczyła mnie spontaniczności, wyczucia i radzenia sobie z tremą, natomiast szkoła dawała satysfakcję, regularność i poczucie sensu.

Dzięki występom mogłem przekazywać uczniom coś więcej niż tylko technikę – mogłem pokazać im prawdziwą, żywą muzykę. Uczniowie widzieli, że ich pedagog sam aktywnie koncertuje, że rozwijam się i tworzę, co działało na nich niezwykle motywująco. To był czas ogromnie intensywny, ale wiem dziś, że właśnie połączenie pracy scenicznej i pedagogicznej najbardziej ukształtowało mnie jako muzyka i nauczyciela.

Obecny etap – w pełni świadoma droga

Obecnie pracuję już tylko w jednej szkole – PSM I st. w Bystrzycy Kłodzkiej, ponieważ równolegle rozwinąłem moje własne działalności:
– wydawnictwo muzyczne mojenuty.pl,
– ognisko muzyczne nauka-gry.pl,
– zespół muzyczny Tangonetta
To połączenie edukacji, wydawnictwa i działalności artystycznej pozwala mi realizować się w pełni – jako nauczyciel, muzyk, kompozytor i twórca materiałów edukacyjnych.

Pracowałeś w kilku szkołach, teraz uczysz w Bystrzycy. Co zauważyłeś u uczniów na przestrzeni lat?

Przez lata pracy w oświacie przewinąłem się przez pięć szkół muzycznych – w tym trzy, w których pracowałem na zastępstwie:
– PSM we Wrocławiu na Rondzie,
– PSM we Wrocławiu na Podwalu,
– oraz PSM w Oleśnicy.
Dzięki temu mogłem obserwować różne środowiska, różne podejścia i przede wszystkim – zmieniające się pokolenia uczniów.

Niestety muszę stwierdzić, że na przestrzeni lat widzę wyraźną zmianę mentalności młodych ludzi – i nie zawsze na plus. Wiele dzieci traktuje dziś muzykę głównie jako przyjemność, a nie obowiązek czy regularną pracę. Często muszą wybierać pomiędzy grą na instrumencie a komputerem, telefonem czy innymi współczesnymi rozrywkami – i w większości przypadków to instrument „przegrywa”.

To zjawisko nie dotyczy tylko uczniów. Zmieniła się również mentalność rodziców. Coraz częściej traktują szkołę muzyczną jako formę sympatycznej, rozwijającej „zabawy” dla dziecka – miejsce, gdzie uczeń ma miło spędzić czas, „czymś się zająć”, rozwijać hobby.

Rodzice często zapominają, że szkoły muzyczne to wciąż szkoły ministerialne – z oficjalnym programem nauczania, wymaganiami, egzaminami i obowiązkiem realizacji podstawy programowej. Na nauczycielach spoczywa odpowiedzialność za to, by ten program zrealizować, niezależnie od tego, jak zmienia się świat wokół i jak spada ilość czasu, którą uczniowie poświęcają na ćwiczenie w domu. Kiedyś mogłem sobie pozwolić na dobór trudniejszych utworów. Dziś repertuar dobieram nie tylko pod umiejętności, lecz także pod ilość czasu i ,,ochoty przez duże O”, jaką uczniowie są realnie w stanie poświęcić na instrument. Czasami słyszę odpowiedzi typu:
– „Nie wiem, dlaczego nie ćwiczyłem.”
– „Nie miałem czasu.”
– „Nie chciało mi się.”

To odpowiedzi, które kilkanaście lat temu pojawiały się zdecydowanie rzadziej. Na szczęście mam też uczniów, którzy pozytywnie odstają od tej normy – pracowitych, systematycznych, pełnych pasji i autentycznego zaangażowania. Ich obecność daje mi nadzieję i przypomina, że muzyka wciąż potrafi porwać młodego człowieka.

Dlatego dziś rola pedagoga jest znacznie bardziej wymagająca niż dawniej.
To nie tylko przekazywanie wiedzy, ale także:
– budowanie motywacji,
– wspieranie,
– inspirowanie,
– szukanie indywidualnej drogi dla każdego ucznia,
– tłumaczenie rodzicom, że szkoła muzyczna to nie kółko zainteresowań, lecz poważna edukacja.

Zmieniają się czasy, priorytety i realia, ale jedno pozostaje niezmienne – moje przekonanie, że warto dalej pracować, szukać, i pokazywać młodym, że muzyka może być pasją na całe życie.

Twoi uczniowie mają sporo sukcesów. Co według Ciebie najbardziej działa w pracy z młodymi akordeonistami?

Tak, przez ponad 20 lat mojej pracy pedagogicznej miałem szczęście i zaszczyt pracować z wieloma wyjątkowymi uczniami, którzy osiągali sukcesy na szczeblach regionalnych, ogólnopolskich, a nawet międzynarodowych. Pozwolę sobie wymienić tych, którzy szczególnie zapisali się w mojej pamięci: Jakub Barycz, Kamil Urbański, Szymon Kaczor, Krzysztof Dziasek, Maciej Olczak, Aleksander Miśkiewicz, Wojciech Piecha, Dominika Góźdź, Jakub Macutkiewicz, Antoni Wachowski czy Jakub Siusta. To uczniowie niezwykle pracowici, utalentowani i ambitni. Ich osiągnięcia to liczne nagrody i wyróżnienia zdobyte na wielu konkursach w Polsce i za granicą.

Jakub Barycz we Włoszech

Szczególne miejsce w moim sercu mają dwaj uczeniowie: Jakub Barycz (mój absolwent szkoły średniej w Bystrzycy Kłodzkiej), który zdobył V miejsce w Międzynarodowym Konkursie Akordeonowym w Castelfidardo oraz Kamil Urbański (mój absolwent I st. w Kłodzku), który zajął VI miejsce – jednym z najważniejszych konkursów akordeonowych na świecie. Był to sukces spektakularny, choć – przyznam szczerze – nie do końca należycie zauważony w ich rodzinnych regioniach. Pozostawię to jednak bez komentarza… Najważniejsze, że talent, praca i determinacja uczniów przyniosły im ogromny międzynarodowy sukces.

Dyplom Jakuba Barycza

Co według mnie działa w pracy z młodymi akordeonistami?

Po pierwsze – pasja nauczyciela.
Uczniowie muszą widzieć w nauczycielu kogoś, kto naprawdę kocha to, co robi. Pasji nie da się udawać – młodzi ludzie natychmiast to wyczuwają. Jeśli nauczyciel jest zaangażowany, gra, rozwija się, interesuje repertuarem, konkursami, literaturą – to uczniowie idą za tym.

Arkadiusz Gembara wraz z uczniem Kamilem Urbańskim w Castelfidardo

Po drugie – zaangażowanie rodziców.
To element często niedoceniany, a kluczowy. Sukces ucznia w szkole muzycznej wymaga wsparcia w domu: organizacji czasu, motywacji, zrozumienia, że instrument to nie tylko „zabawa”, ale też systematyczna praca. Uczniowie, których rodzice aktywnie współpracują z nauczycielem, osiągają najlepsze rezultaty.

Po trzecie – budowanie środowiska muzycznego wokół ucznia.
Dlatego swego czasu, przy pomocy rodziców moich uczniów organizowałem przez trzy sezony Warsztaty Muzyczne w Plenerze w Smoczym Dworze, w malowniczej Dolinie Dzikiej Orlicy. Były to spotkania uczniów i rodziców różnych szkół muzycznych I i II stopnia, połączone z intensywną pracą, koncertami i wspólnym muzykowaniem. Odzew był ogromny – uczestniczyli w nich m.in. uczniowie i pedagodzy takich osobistości jak prof. Daniel Lis, Ewa Grabowska-Lis czy Dominik Maciążek. Warsztaty dawały uczniom motywację, integrację i inspirację. Rodzicom – świadomość, jak wygląda edukacja muzyczna „od środka”. A pedagogom – możliwość wymiany doświadczeń.

Warsztaty dla uczniów

Jak wyglądała Twoja droga koncertowa po studiach? Czy mimo pracy pedagogicznej i wydawniczej nadal grasz i angażujesz się w projekty sceniczne?

Tak, gram – choć dziś zdecydowanie więcej energii poświęcam pracy kompozytorskiej, wydawniczej i pedagogicznej. Jednak początki mojego życia estradowego były bardzo dynamiczne i pełne pięknych muzycznych przygód. Po studiach byłem pełnym energii młodym muzykiem, który nie chciał zakończyć aktywnego grania wraz z dyplomem. W Bystrzycy Kłodzkiej poznałem wybitnego skrzypka, Waldemara Golińskiego. Dojeżdżaliśmy razem z Wrocławia i podczas jednej z takich podróży narodził się pomysł założenia duetu. Tak powstała Tangonetta – duet inspirowany tangami Astora Piazzolli i muzyką Richarda Galliano. A skąd nazwa?
Ponieważ 80% naszego repertuaru stanowiły tanga, a „netta” wzięła się z naszego żartu, że „wszystko wtedy braliśmy netto, a nie brutto”. Nazwa została – i do dziś wywołuje uśmiech. Duet okazał się strzałem w dziesiątkę. Koncertowaliśmy z nasza muzyką klasycyzująco-rozrwkową po Domach Kultury w całej Polsce, byliśmy zapraszani przez władze miast na różnego rodzaju wydarzenia artystyczne, kulturalne i okolicznościowe. A jednym z najpiękniejszych momentów w naszej działalności był mini–recital podczas EURO 2012 na dużej scenie we Wrocławiu – wydarzenie, które na zawsze pozostanie w naszej pamięci.

Występ zespołu Tangonetta podczas Euro 2012

Epizod telewizyjny: Disco Star – Polo TV

Choć na co dzień zajmowaliśmy się muzyką klasyczną, w naszym repertuarze stopniowo zaczęła pojawiać się także muzyka rozrywkowa. Duet przekształcił się z czasem w większy zespół wokalno-instrumentalny, którego naturalnym środowiskiem stały się bankiety, wesela i różnego rodzaju eventy. Jako czynny muzyk sceniczny nieustannie zbierałem doświadczenia estradowe, często bardzo intensywne i formujące.

W tamtym okresie kwestie zarobkowe miały duże znaczenie – nauczycielskie pensje w Polsce nigdy nie były wysokie, a ja miałem na utrzymaniu rodzinę i zaciągnięty kredyt mieszkaniowy. Dlatego wraz z kolegą postanowiliśmy rozszerzyć naszą działalność.

Wśród wielu wspomnień z tamtych lat szczególne miejsce zajmuje pewien niezwykły rozdział telewizyjny… udział w programie Disco Star emitowanym na Polo TV. Pamiętam to bardzo wyraźnie – było kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, leżałem wygodnie na kanapie, gdy zadzwonił telefon. Po drugiej stronie menadżerka programu Disco Star (Polo TV) zaprosiła nasz zespół do udziału w precastingu. Byłem zaskoczony, miałem mieszane uczucia, ale wraz z zespołem podjęliśmy decyzję – „Próbujemy!”
I efekt był taki, że:
– przeszliśmy precasting w Poznaniu,
– przeszliśmy eliminacje w Poznaniu,
– wystąpiliśmy w ćwierćfinale w Warszawie.

Dla muzyków, którzy zaczynali od szkolnych popisów, dojście aż do telewizji było czymś nieprawdopodobnym i pięknym. To pokazało mi, że muzyczna droga potrafi być absolutnie nieprzewidywalna.

Duet Tangonetta – działalność koncertowa.

Jak granie na scenie wpływa na moje nauczanie?

Scena uczy rzeczy, których nie da się zdobyć w sali lekcyjnej:
– pewności siebie,
– radzenia sobie z tremą,
– spontaniczności i elastyczności,
– kontaktu z publicznością,
– budowania napięcia i emocji w muzyce.

Dzięki własnym koncertom wiem dokładnie, co przeżywa młody człowiek stojący na scenie. Potrafię przygotować go nie tylko technicznie, ale również mentalnie, co jest często ważniejsze od samej techniki. Uczniowie widzą też, że ich nauczyciel sam grał, koncertował, jeździł po Polsce, występował w telewizji i na dużych scenach. To daje im ogromną motywację i sprawia, że moje wskazówki są dla nich bardziej wiarygodne. Dla mnie scena i pedagogika zawsze były dwoma skrzydłami tej samej pasji. Jedno uzupełniało drugie i pozwalało mi zachować muzyczną świeżość.

Dlaczego dziś więcej tworzę i uczę, niż koncertuję?

Po latach aktywnego koncertowania w duecie akordeonowym Tangonetta (strona zespołu skrzypce-akordeon.pl) przyszła naturalna zmiana priorytetów. Oprócz muzyki mam w życiu jeszcze jeden wielki dar – piątkę wspaniałych dzieci, które pochłaniają czas, energię i serce. A żeby koncertować, trzeba mieć godziny na ćwiczenie, próby i wyjazdy. Dlatego dziś bardziej angażuję się w pracę, którą mogę rozwijać w równowadze z życiem rodzinnym:
kompozycję, wydawnictwo mojenuty.pl oraz pracę pedagogiczną. A sceniczne doświadczenia, które zdobyłem przez lata, żyją dalej – w moich uczniach.

Od lat tworzysz swoje materiały dydaktyczne. Skąd w ogóle pomysł, żeby zrobić własną szkołę na akordeon?

Pomysł na tworzenie własnych materiałów dydaktycznych nie pojawił się nagle – on dojrzewał we mnie przez lata pracy jako nauczyciel, muzyk i edytor nut.

Już podczas studiów, gdy pracowałem w wydawnictwie nuty.pl, zobaczyłem od kuchni, jak powstają profesjonalne publikacje muzyczne. Poznałem zasady edycji, układu graficznego, przygotowania materiału i tego, jak ogromny wpływ ma dobra szata graficzna na komfort pracy ucznia i nauczyciela. Te doświadczenia zapadły mi głęboko w pamięć.

Kiedy rozpocząłem intensywną pracę pedagogiczną i zacząłem uczyć w kilku szkołach, zauważyłem jedną rzecz: brakowało materiałów, które byłyby jednocześnie przystępne, nowoczesne i atrakcyjne dla młodych akordeonistów – zwłaszcza tych na poziomie początkującym. Dużo z dostępnej literatury było albo zbyt trudne, albo zbyt archaiczne pod względem brzmienia, albo zupełnie niepasujące do mentalności współczesnych uczniów. A ja widziałem, że młodzież potrzebuje repertuaru, który:
– brzmi nowocześnie,
– angażuje,
– jest melodyjny,
– nie zniechęca,
– i daje szybkie efekty.

Na lekcjach często sam aranżowałem utwory „na poczekaniu” – dostosowując je do możliwości konkretnego ucznia. Z czasem zacząłem tworzyć własne ćwiczenia, własne miniatury, własne etiudy. Uczniowie je lubili, grali chętnie i prosili o więcej. I wtedy zrozumiałem jedno: jeśli chcę, by młodzi akordeoniści mieli naprawdę dobre materiały, muszę je… po prostu napisać i wydać. Tak powstała pierwsza wersja mojej szkoły gry, a później kolejne publikacje, które dziś ukazują się pod marką mojenuty.pl. Moja praca wydawnicza zaczęła rosnąć naturalnie – bo widziałem realne potrzeby uczniów i nauczycieli.

Co jeszcze pchnęło mnie do działania?

Doświadczenie sceniczne uświadomiło mi, jak ważne jest przygotowanie ucznia do występów „na żywo”. Z kolei wieloletnia praktyka pedagogiczna pozwoliła mi zobaczyć, jak szybko współczesna młodzież traci motywację przy repertuarze zbyt trudnym lub zwyczajnie nudnym. Pojawiła się też potrzeba odświeżenia literatury akordeonowej, tak aby była bliższa temu, co naprawdę brzmi we współczesnym świecie. Do tego dochodzi moje przekonanie, że dobry nauczyciel powinien tworzyć, a nie tylko odtwarzać.

Tworzenie własnych szkół gry jest więc dla mnie naturalnym połączeniem wszystkich ścieżek, którymi szedłem przez lata: muzyka, edytora, pedagoga, aranżera i wydawcy. A widok ucznia, który z uśmiechem gra utwór mojego autorstwa, to jedna z największych satysfakcji płynących z pracy nauczyciela.

Jak wyglądała praca nad „Szkołą gry na akordeonie”? Co było dla Ciebie najważniejsze przy jej tworzeniu?

Praca nad pierwszą i drugą częścią „Szkoły gry na akordeonie” (w planach jest napisanie części ostatniej trzeciej) była dla mnie jednym z najważniejszych etapów w całej mojej drodze zawodowej. To nie była publikacja napisana „od biurka” – ona powstawała przez lata doświadczeń, obserwacji i realnej pracy z uczniami.

Od początku wiedziałem, że chcę stworzyć materiał, który będzie:
– przejrzysty,
– atrakcyjny graficznie,
– przystępny dla młodych,
– a jednocześnie merytoryczny i solidny.

W mojej głowie od dawna dojrzewała myśl, że literatura akordeonowa na poziomie początkowym wymaga odświeżenia. Zbyt często spotykałem się z materiałami:
– zbyt trudnymi,
– archaicznymi,
– mało melodyjnymi,
– albo zupełnie nieprzystającymi do współczesnych realiów.

Dzisiejszy uczeń potrzebuje czegoś więcej niż suchej techniki.
Potrzebuje melodii, które wciągają, brzmią nowocześnie i dają szybką satysfakcję. Tak narodziło się założenie, że każdy utwór ma brzmieć przyjemnie dla ucha, nawet jeśli jest prosty technicznie.

Podczas tworzenia książki ważne było też to, by:
– wprowadzać nowe zagadnienia stopniowo,
– łączyć technikę z muzyką,
– unikać „nudnej rozgrzewki”,
– i dodawać dużo krótkich, melodyjnych miniatur.

Każda strona była przemyślana – od układu graficznego, przez oznaczenia basów, po ćwiczenia rozwijające samodzielność. Zależało mi na tym, aby uczeń miał poczucie: „To jest do zagrania, to brzmi dobrze, to daje radość.”

Najważniejsze było doświadczenie z pracy z uczniami. Książka nie powstała w teorii – ona powstała „w boju”: na lekcjach, podczas pracy z dziećmi o różnym temperamencie, zdolnościach i podejściu. Widziałem, z czym mają największe trudności:
– z koordynacją rąk,
– z orientacją na basach,
– z rozumieniem układu guzików, napisaniem dobrej aplikatury
– z czytaniem dwóch kluczy jednocześnie.
Dlatego każde ćwiczenie i każdy utwór miał rozwiązywać konkretny problem.
Moim celem było stworzenie ścieżki, a nie zbioru przypadkowych utworów. Walor edukacyjny + walor muzyczny = idealna mieszanka.

Chciałem uniknąć dwóch skrajności:
– publikacji ładnych, ale mało praktycznych,
– albo publikacji praktycznych, ale kompletnie niemelodyjnych.
Dla mnie kluczem była równowaga. Kiedy zobaczyłem, że uczniowie grają moje utwory z uśmiechem, że podśpiewują sobie melodie, a rodzice mówią:
„Wreszcie coś ładnego i wpadającego w ucho!” – wiedziałem, że idę w dobrą stronę.

„Nauka gry na akordeonie” była początkiem całej drogi. Ta publikacja otworzyła drzwi do mojego własnego wydawnictwa mojenuty.pl
Pozwoliła mi zobaczyć, że mogę tworzyć materiały, które realnie służą innym pedagogom i uczniom w całej Polsce. A to daje ogromną satysfakcję i poczucie, że praca nauczyciela może żyć dalej – w książkach, ćwiczeniach i nutach, które grają kolejne pokolenia.

Jak oceniasz dzisiejszą edukację akordeonową w Polsce? Co działa dobrze, a co Twoim zdaniem można by usprawnić?

Moja opinia na temat współczesnej edukacji akordeonowej w Polsce jest wynikiem wielu lat pracy pedagogicznej, doświadczeń scenicznych i kontaktów z nauczycielami oraz uczniami z całego kraju. Widzę w niej wiele wartości, ale też pewne obszary, które – moim zdaniem – wymagają refleksji i zmian.

Zacznę od tego, co działa dobrze.
W Polsce mamy naprawdę znakomitych pedagogów akordeonu, świetnie wykształconych, pełnych pasji i oddania. Nasze środowisko wykształciło wiele pokoleń świetnych akordeonistów, a poziom wielu szkół stoi na bardzo wysokim poziomie. Wciąż organizujemy wartościowe konkursy, warsztaty, spotkania muzyczne – i to napędza rozwój młodych ludzi. Jednocześnie – i mówię to z pełną odpowiedzialnością – mam wrażenie, że niektóre kierunki rozwoju edukacji akordeonowej zaczęły odrywać się od realnych potrzeb większości uczniów. Od kilku lat obserwuję dwa zjawiska:

Nadmierne skupienie na repertuarze wybitnie trudnym i współczesnym
Literatura typu B-B (bas baryton), muzyka najnowsza, rozbudowane formy – to jest wspaniałe i bardzo potrzebne, ale nie dla każdego.

Taka literatura powinna być kierowana przede wszystkim do uczniów wybitnie zdolnych, tych, którzy rzeczywiście idą w kierunku kariery solowej lub studiów wyższych. Tymczasem widzę, że coraz częściej wprowadza się ją zbyt wcześnie i zbyt szeroko. Efekt?
– zniechęcenie,
– brak radości z muzykowania,
– brak poczucia „piękna dźwięku”,
– odchodzenie od instrumentu.

Akordeon jest instrumentem, który ma przepiękne możliwości rozrywkowe, brzmienia organowe, taneczne, ludowe – i to powinno być fundamentem nauki.

Odejście od basów standardowych i literatury, która była fundamentem pokoleń
Powiem szczerze i wprost: pora wrócić do korzeni. Jeżeli akordeon ma przetrwać jako instrument powszechny i dostępny, to musimy dbać o to, aby dzieci grały:
– repertuar przyjemny dla ucha,
– melodie chwytliwe,
– formy taneczne,
– miniatury,
– utwory klasyczne w lekkich opracowaniach,
– muzykę użytkową i rozrywkową.

Tylko wtedy instrument będzie atrakcyjny, dostępny i żywy. Zbyt wczesne przeciążanie uczniów literaturą wysokowirtuozowską prowadzi donikąd. Szczególnie, że żyjemy w czasach, w których uczniowie ćwiczą mniej niż kiedyś, bo mają tysiące innych bodźców i rozrywek.

Dostępność akordeonów – i ceny

To kolejny problem i chyba najważniejszy. Akordeony są coraz droższe, przez co maleje dostępność dla zwykłych rodzin. A przecież to instrument, który powinien być dla ludzi, nie dla wybranych. Moje motto, które powtarzam od lat, brzmi: „Niższe ceny akordeonów = większa dostępność = więcej grających = dłuższe życie instrumentu.” Jeśli instrument stanie się zbyt elitarny, to zwyczajnie straci swoje korzenie.

Podsumowanie – co bym usprawnił?

– Więcej przystępnej literatury dla początkujących i średnio zaawansowanych.
– Mądry balans między repertuarem klasycznym a rozrywkowym.
– Stopniowy rozwój, a nie „wyścig na trudność”.
– Powrót do basów standardowych jako fundamentu nauki.
– Obniżenie cen instrumentów lub stworzenie ogólnopolskich programów wypożyczeń.
– Promowanie radości muzykowania, nie tylko technicznego wyścigu.
Akordeon może wciąż pięknie istnieć, ale musi być dla ludzi, nie tylko dla wybitnych jednostek. Jeśli zadbamy o dostępność, piękno brzmienia i przyjazny repertuar – instrument będzie żył jeszcze długo.

Jak widzisz rozwój akordeonu w najbliższych latach?

Widzę przyszłość akordeonu jako ogromną szansę, ale jednocześnie wyzwanie. Jesteśmy w momencie, w którym instrument może albo wejść w nowy, piękny etap, albo stracić część swojego naturalnego miejsca w kulturze. Wszystko zależy od tego, jakie decyzje podejmiemy jako środowisko.

Repertuar będzie dalej ewoluował, ale musi wrócić równowaga. Widzę, że muzyka współczesna, nowatorska, sonorystyczna wciąż będzie rozwijała się mocno – i dobrze, bo poszerza możliwości instrumentu. Jednak uważam, że nadchodzi czas powrotu do tego, co melodyjne, taneczne i „skrojone pod ucho słuchacza”.

Młode pokolenie pedagogów zaczyna dostrzegać, że uczeń:
– potrzebuje melodii,
– potrzebuje pięknego brzmienia,
– i potrzebuje satysfakcji już na wczesnym etapie.

Dlatego sądzę, że w najbliższych latach powróci większe zainteresowanie:
– miniaturami,
– muzyką użytkową,
– muzyką rozrywkową,
– opracowaniami klasyki na poziomie przystępnym,
– tangami, polkami, walcami, suitami stylizowanymi.
Akordeon musi być instrumentem dla ludzi, a nie tylko dla konkursów.

Warto wrócić do fundamentów – basów standardowych

Widzę w Polsce powolną, ale realną refleksję: nie wszystko musi być na B+B.
Owszem – basy melodyczne są fantastyczne i dla uczniów wybitnych to konieczność. Jednak fundamentem edukacji powinny być dalej basy standardowe: wyczucie funkcji, harmonii, łatwość akompaniamentu i kontakt z muzyką praktyczną. Moim zdaniem nastąpi odbudowanie roli basów standardowych w repertuarze szkolnym, bo bez nich akordeon przestaje być instrumentem „dla każdego”.

Rynek instrumentów musi wrócić na ziemię

To ogromny temat. Jeśli ceny będą wciąż rosły, akordeon stanie się instrumentem elitarnym, a to kompletnie przeczy jego naturze i historii.
Mam nadzieję i wierzę, że w najbliższych latach pojawią się:
– tańsze, dobre jakościowo instrumenty,
– programy wsparcia dla szkół,
– systemy wypożyczeń,
– większa oferta instrumentów dla początkujących.
Tylko wtedy akordeon będzie powszechny, żywy i dostępny.

Renesans akordeonu w muzyce rozrywkowej i filmowej

To już się dzieje i będzie się nasilać. Akordeon wraca w:
– muzyce folkowej,
– muzyce świata,
– tango nuevo,
– produkcjach filmowych,
– muzyce alternatywnej,
– popie,
– jazzie.
To daje instrumentowi ogromne pole do rozwoju i szansę na dotarcie do młodych odbiorców.

My, pedagodzy i wydawcy, mamy tu wielką odpowiedzialność

Przyszłość akordeonu nie leży tylko w rękach konstruktorów czy kompozytorów. W dużej mierze leży w szkołach muzycznych i w publikacjach, po które sięgają uczniowie. Jeśli będziemy tworzyć:
– przystępne, piękne melodie,
– nowoczesną, efektowną literaturę,
– atrakcyjne szkoły gry,
– repertuar rozrywkowy,
– dobre opracowania klasyki,
to akordeon będzie dalej żył, rozwijał się i przyciągał kolejne pokolenia. Jeśli jednak pójdziemy wyłącznie w kierunku trudnych, hermetycznych form – instrument straci masowość.

Podsumowanie

Akordeon stoi dziś na rozdrożu, ale ja widzę jego przyszłość optymistycznie, jeśli tylko zadbamy o trzy rzeczy:
– dostępność,
– melodyjność,
– i radość grania.
Jeśli przywrócimy akordeonowi te trzy elementy, to instrument będzie miał przed sobą piękne lata – zarówno w szkołach, jak i na scenach.

Podziękowanie

Na zakończenie chciałbym bardzo serdecznie podziękować redaktorowi portalu Akordeon.info za zaproszenie do tego wywiadu oraz za ogrom pracy, jaką wykonuje na rzecz polskiej akordeonistyki. To, co robi na łamach swojego portalu, ma realny wpływ na popularyzację naszego instrumentu, budowanie świadomości środowiska i promowanie wartościowych inicjatyw. Z całego serca będę dopingował Jego dalszym działaniom i szczytnym celom w propagowaniu akordeonu w Polsce. A jako wyraz mojego wsparcia i współpracy — logo portalu akordeon.info znajdzie się na okładkach publikacji wydawnictwa mojenuty.pl.


Źródła:
– Informacje biograficzne: mojenuty.pl
– Zdjęcia z prywatnego archiwum Arkadiusza Gembary.