23.11.2025
Autor: Mateusz Doniec

Artykuł został opublikowany w ramach programu KPO dla Kultury, finansowanego z Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO), realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca.
Ten wywiad nie powstał przy biurku ani w studiu nagrań. Włączyłem dyktafon w samochodzie, w drodze na koncert – bez przygotowanych pytań, bez wcześniejszych ustaleń. I właśnie ta spontaniczność okazała się największą wartością: odpowiedzi padały naturalnie, bez kalkulacji, w takim rytmie, w jakim naprawdę rozmawiają muzycy między sobą, kiedy nikt nie myśli o publikacji.
Moimi rozmówcami są Joanna i Józef Gruszkowie – muzycy, z którymi współtworzę Kapelę Karpati, zespół poruszający się na styku tradycji karpackich, bałkańskich i podhalańskich. Joanna i Józef mieszkają na Podhalu i od lat działają w tamtejszym środowisku muzyków. Choć sami nie są akordeonistami, mają z tym instrumentem stały kontakt.
Zapraszam do rozmowy, która pokazuje świat funkcjonujący obok znanych kategorii – ani akademicki, ani amatorski, ani folkowy w takim znaczeniu, w jakim zwykle rozumiemy folk w Polsce. Świat praktyki, doświadczenia i tradycji, które istnieją wyłącznie wtedy, gdy są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Joanna Gruszka
fot. Maciej Frąckowiak
Altowiolistka, skrzypaczka i kontrabasistka, absolwentka Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Od lat zajmuje się muzyką Karpat, łącząc solidne wykształcenie z praktycznym doświadczeniem w wykonawstwie tradycyjnym. Występowała z czołowymi zespołami folkowymi nagradzanymi na ogólnopolskich festiwalach, a także współpracowała z Wrocławskim Teatrem Lalek. Ceniona za precyzję, muzykalność i wyjątkową wrażliwość brzmieniową.

Józef Gruszka
fot.Jarek Błaśkiewicz
Rodowity góral wychowany w środowisku podhalańskich muzykantów. Multiinstrumentalista, który samodzielnie opanował grę m.in. na altówce węgierskiej, kontrabasie oraz gitarze akustycznej i basowej. Koncertował w Polsce i za granicą jako członek licznych zespołów folkowych, zdobywając doświadczenie oparte na żywej tradycji. Rozpoznawalny dzięki naturalnej muzykalności i charakterystycznemu, ciepłemu brzmieniu wokalu.

Od lewej: Józef Gruszka, Joanna Gruszka, Mateusz Doniec
Fot. Maciej Frąckowiak
Na początku chciałbym zapytać, jak wygląda codzienność muzyka na Podhalu. W jakich miejscach najczęściej się gra i jaka muzyka tam dominuje?
Józef Gruszka: To zależy od muzyka i środowiska, w którym funkcjonuje. Część gra w karczmach i restauracjach, gdzie repertuar jest bardziej rozrywkowy. Inni działają w zespołach regionalnych, które wykonują tradycyjną muzykę góralską. Są też muzycy weselni – jedni grają tylko na miejscu, inni jeżdżą po całej Polsce, a czasem także za granicę. W każdym z tych przypadków repertuar wygląda inaczej.
Młodsze pokolenie coraz częściej sięga po muzykę folkową, bałkańską i rumuńską, ale starsi muzycy wciąż trzymają się tradycyjnego repertuaru podhalańskiego.
Joanna Gruszka: Jeżeli ktoś chce grać tylko lokalnie, bez wyjazdów, to najczęściej trafia na wesela albo do lokali. W zespołach regionalnych wyjazdy są właściwie wpisane w działalność zarówno w kraju, jak i za granicą. Trzeba to wziąć pod uwagę.
Józef: Warto też dodać, że wynagrodzenia w zespołach regionalnych są bardzo różne. Zdarza się, że muzycy nie dostają gaży, ale mają zapewniony transport, nocleg i wyżywienie. To zależy od organizatora i tradycji danego zespołu.
Jakie instrumentarium jest najbardziej charakterystyczne dla Podhala?
Józef: Najbardziej tradycyjny skład to skrzypce i basy podhalańskie. To jest fundament. Akordeon w tradycyjnej muzyce podhalańskiej właściwie nie występuje. Kiedyś pojawiał się jedynie na prywatnych spotkaniach – jako instrument do przygrywania przy śpiewie – ale nie w składzie zespołów regionalnych.
Józku, wychowałeś się na Podhalu. Jaka była twoja pierwsza styczność z akordeonem?
Józef: Pierwszy raz zetknąłem się z akordeonem jako dziecko, na domowej imprezie. Starszy gospodarz wyciągnął akordeon i grał przy wspólnym śpiewie. To było pierwsze doświadczenie – żadnych nagrań ani sceny, tylko żywe muzykowanie.
W Polsce pojawia się opinia, że akordeon „zmienił” muzykę ludową, a czasem wręcz ją zaburzył. Jak to wyglądało na Podhalu?
Józef: Akordeon kiedyś nie był szczególnie lubiany – nie dlatego, że ktoś uważał, że szkodzi muzyce, tylko dlatego, że nie należał do tradycji regionu. Traktowano go jako instrument zastępczy. Jeśli brakowało skrzypków, ktoś podgrywał i ludzie śpiewali.
Z czasem okazało się, że akordeon świetnie wypełnia brzmienie – szczególnie tam, gdzie skrzypek był mniej pewny. Dzisiaj ma zupełnie inną pozycję niż dawniej.

fot. archiwum prywatne Joanny i Józefa Gruszków
Jakie akordeony spotyka się najczęściej? Guzikowe czy klawiszowe? I jakich marek?
Józef: Guzikowe pojawiły się dopiero w ostatnich dziesięciu latach – głównie dlatego, że młodzi zaczęli chodzić do szkół muzycznych. Wcześniej praktycznie wszyscy grali na klawiszowych.
Najczęściej spotyka się instrumenty niemieckie, przede wszystkim Weltmeistery. Włoskie akordeony również się zdarzają, ale zwykle są to instrumenty używane, sprowadzane z zagranicy. Nowych guzikówek prawie się tu nie kupuje.
Znam jednego akordeonistę, który ma tak dużą kolekcję instrumentów, że mógłby za nią kupić dom – i to nie jest przesada. Wszystkie dopieszczone w najmniejszym szczególe.
Czy jako kontrabasista mierzysz się z tym, że basy akordeonu wchodzą w konflikt z twoją linią?
Józef: Z mojej perspektywy akordeoniści zazwyczaj uważnie słuchają i reagują na prowadzenie basu. Często podążają za moją linią, bo odpowiada im sposób, w jaki rozwiązuję harmonię. Po jednej czy dwóch melodiach potrafią zmienić swoje granie tak, żeby albo nie przeszkadzać, albo po prostu dostosować się do kontrabasu.
Joanna: Jest też jeszcze jedna rzecz. Kiedy gra się z akordeonistą, to najczęściej podczas solówki przestaje on grać basy i zostaje tylko przy melodii albo improwizacji. Dopiero po zakończeniu solo wraca do basowania. Ostatnio pojawiły się jednak osoby, które robią to inaczej – nawet w trakcie solówki prowadzą lewą rękę przez cały czas. Dzięki temu brzmienie się nie rozrzedza, nie ma momentu nagłego „opadnięcia”.

fot. archiwum prywatne Joanny i Józefa Gruszków
Jakie brzmienie akordeonu najlepiej pasuje do tej muzyki?
Józef: Najlepiej, gdy jest ciepłe, głębokie i nośne, ale nie krzykliwe – jednym słowem kanałowe. Nie przepadam za graniem na tutti – wtedy dźwięk jest ostry i trudny do współbrzmienia z innymi instrumentami.
Na Podhalu gracie także repertuar bałkański i rumuński. Czy to częste zjawisko?
Józef: Coraz częstsze. Starsi muzycy pozostają przy tradycji, ale młodsze pokolenie wychodzi poza nią. Bałkańskie i rumuńskie melodie są bardzo popularne – szczególnie w karczmach.
Czy wykonuje się tu współczesne utwory oryginalnie pisane na akordeon?
Józef: Prawie wcale. Jeżeli ktoś chce pokazać umiejętności, częściej wybiera repertuar rumuński. Jest efektowny, szybki, pełen ozdobników i dobrze brzmi w takim składzie. Na muzykę akademicką nie ma tutaj zapotrzebowania.
Co zatem z nowoczesnymi technikami gry na akordeonie?
Józef: Generalnie trzymamy się tradycji, ale pojawiło się przedęcie na miechu – w wolnym melodiach daje bardzo charakterystyczny efekt. Akordeoniści używają też tremolanda, czy rykoszetu.
Załóżmy, że akordeonista po studiach przeprowadza się do Zakopanego i chce grać. Co musiałby brać pod uwagę?
Józef: Byłoby mu bardzo trudno. Jeśli ktoś nie pochodzi z podhalańskiej rodziny, wejście do środowiska jest prawie niemożliwe. To zamknięta społeczność, a rynek akordeonistów jest już nasycony.
A repertuar?
Józef: Na początek – kilkanaście godzin materiału. Trzeba znać sposób prowadzenia melodii, reagować, gdy ktoś zmienia tonację w trakcie.
Joanna: I przede wszystkim trzeba słuchać. W tej muzyce zmiany są spontaniczne i niewerbalne. Można nie zdążyć zapytać, co będzie dalej.
Gdzie można zdobyć nuty tego repertuaru?
Joanna: Nie ma zapisanych nut. Można poprosić, żeby ktoś spisał linię melodii albo bas, ale nie ma oficjalnych materiałów.
Józef: Ta muzyka istnieje ze słuchu. Dlatego ktoś po szkole, kto nie umie grać bez nut, miałby bardzo duży problem.
Czy polscy muzycy mają trudność z nieparzystymi rytmami bałkańskimi?
Józef: Tak. Na Podhalu dominuje metrum 2/4, 3/4, 4/4. Gdy pojawia się 7/8 albo 9/8, wielu muzyków ma problem.
Joanna: W jednym z zespołów, w których grałam, saksofonistka miała duży kłopot z rytmem punktowanym typowym dla Rumunii – mimo że wszystko było zapisane. Tu sama partytura nie wystarcza, potrzeba osłuchania i doświadczenia.
Spotkałem się z opinią, że w Polsce nie ma akordeonistów, którzy mogliby grać jak muzycy bałkańscy. Zgadzacie się?
Józef: Nie. Są tacy muzycy. Problem pojawia się wtedy, kiedy ktoś idealizuje Bałkany, a jednocześnie sam nie potrafi zagrać góralskiego podziału, który wbrew pozorom nie jest prosty. Miałem sytuację, w której ktoś twierdził, że „Serbowie są najlepsi”, a nie potrafił zagrać prostego, mieszanego rytmu.
Joanna: To zależy od człowieka. Jeżeli ktoś ma otwartość i ciekawość, może się tego nauczyć.
Które narodowości mają największe predyspozycje do tej muzyki?
Józef: Rumuni. Tam akordeon jest instrumentem wiodącym. Na Węgrzech dominują skrzypce i cymbały, na Słowacji – altówka, kontrabas i cymbały. Akordeon jest tam dodatkiem.
W krajach bałkańskich akordeon jest instrumentem pierwszego wyboru.
Joanna: W wielu romskich kapelach grają wyłącznie gitary i akordeony – bez skrzypiec i bez kontrabasu.

fot. archiwum prywatne Joanny i Józefa Gruszków
Asiu, jakie były Twoje pierwsze doświadczenia z akordeonem?
Joanna: W pierwszej klasie podstawówki (śmiech). Uczyłam się wtedy w szkole muzycznej, więc akordeon pojawił się po prostu obok mnie. W tym samym czasie do tej szkoły chodził m.in. Rafał Łuc – dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich akordeonistów. Potem studiowałam we Wrocławiu i grałam w zespołach folkowych – m.in. Čači Vorba i Buraky. Tam partie były rozpisywane, co pozwoliło mi opanować rumuńską ornamentykę.
Józef: Bartek Stańczyk, z którym Asia grała, też świetnie wykonywał repertuar rumuński.
Joanna: Tak, nagraliśmy razem płytę. Bartek próbował też tworzyć własne akordeony – pod marką ACCREA.

od lewej: Joanna Gruszka, Maria Natanson, Bartłomiej Stańczyk, Piotr Majczyna, Robert Brzozowski
Czy na Podhalu są akordeoniści, których szczególnie cenicie?
Józef: Tak, jest dwóch takich. Stanisław Rzadkosz i Kuba Kluś. To już naprawdę wymiatający akordeoniści. Z obojgiem mieliśmy przyjemność grać. Staszek Rzadkosz gra na co dzień w zespole FiśBanda. Jeśli chodzi o podkład, akordy i akompaniament, robi to świetnie – wszystko jest bardzo dobrze poukładane. Solówki też ma naprawdę mocne.
Joanna: Ale Kluś gra te solówki jeszcze lepiej. I ogólnie idzie już w taką nowoczesność – często nawiązuje w swojej grze do jazzu i czuć w tym klasę. Myślę, że będzie trudno znaleźć w Polsce kogoś, kto gra z taką energią i dynamiką jak on.
Zdarza Wam się słuchać muzyki akordeonowej?
Józef: Oczywiście. Przede wszystkim rumuńskiej – dużo tego słuchamy. Lubimy szczególnie dwóch – Ionică Minune i Marian Mexicanu. To absolutna czołówka, najlepsi z najlepszych.
Joanna: Poza muzyką folkową lubimy też słuchać Richarda Galliano.
Czy da się wiarygodnie zagrać muzykę Waszego regionu, nie będąc stąd?
Józef: To jest bardzo trudne. Graliśmy kiedyś koncert po zespole, w którym byli świetni muzycy, ale było słychać, że nie są z Podhala.
Nie chodzi o nuty, tylko o akcent, język, sposób wychowania i otoczenie. To wszystko wpływa na muzykę.
Joanna: Ale można się zbliżyć, jeśli ktoś naprawdę tu żyje, słucha i gra z ludźmi stąd.
Józef: Granie z innymi jest najważniejsze. Samemu można opanować melodię, ale nie charakter. Tego nie da się zdobyć w izolacji.
Czyli trzeba się urodzić z „tym czymś”?
Józef: Uważam, że dobry muzyk rodzi się z pewnymi predyspozycjami – słuchem, rytmem, wrażliwością. Technikę można wypracować, ale nie każdy zagra tak, że poruszy ludzi.
Joanna: To trochę jak czytanie. Każdy może poprawnie przeczytać tekst, ale nie każdy potrafi tak, żeby ktoś chciał tego słuchać.

Dodaj komentarz