12.12.2025
Autor: Mateusz Doniec

Artykuł został opublikowany w ramach programu KPO dla Kultury, finansowanego z Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO), realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca.
Droga zawodowego akordeonisty bardzo często przebiega według znanego schematu – szkoła muzyczna I stopnia, potem II stopnia, studia na akademii muzycznej, a następnie praca pedagogiczna, nierzadko uzupełniana działalnością koncertową. To model sprawdzony, bezpieczny i w Polsce nadal dominujący.
Są jednak muzycy, którzy decydują się z niego wyłamać. Paweł Goleniak należy do tej grupy. Zamiast poruszać się utartą ścieżką, wykorzystał pojawiającą się szansę i zdecydował się kontynuować kształcenie doktorskie za oceanem. Dziś mieszka w Kanadzie, gdzie studiuje akordeon w realiach całkowicie odmiennych od europejskich – zarówno pod względem systemu edukacji, jak i funkcjonowania środowiska muzycznego.

Równolegle realizuje coś, co dla wielu muzyków pozostaje w sferze marzeń – łączy zawodowe granie na akordeonie z życiem w szeroko rozumianej Ameryce Północnej. Ta konsekwencja w realizowaniu własnej wizji sprawia, że jego droga zawodowa jest interesującym kontrapunktem dla klasycznego modelu edukacji muzycznej w Polsce.
Mateusz Doniec: Skąd wziął się akordeon w Twoim życiu?
Paweł Goleniak: Akordeon pojawił się u mnie dość… standardowo, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jak u wielu osób, które miały styczność z edukacją muzyczną. Rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej, gdy miałem 12 lat – co wcale nie jest bardzo wczesnym wiekiem. Co ważne, ja sam w ogóle nie chciałem tam iść.
Myślałem wtedy, że jeśli już muszę „odbębnić” szkołę muzyczną, to najlepiej wybrać instrument jak najprostszy. Wydawało mi się, że taką opcją będzie perkusja. Rodzice dopisali jednak jeszcze klarnet i akordeon. Z tego co pamiętam, na klarnet nie było miejsc, a na perkusję byłem podobno za stary. Został akordeon.
Prawdziwy szok przyszedł dopiero później – gdy dotarło do mnie, że szkoła muzyczna to normalna szkoła: oceny, egzaminy, obowiązki. Bardzo nie chciałem zaczynać tej edukacji.
Skoro nie chciałeś – kiedy pojawiła się miłość do muzyki i akordeonu?
To był proces. Zdecydowanie nie jedno „klik” i nagle miłość do instrumentu. Pierwszy stopień szkoły muzycznej trwał u mnie cztery lata, a ja byłem starszy niż większość dzieci zaczynających naukę. Przez to decyzje typu „co dalej” pojawiały się szybciej.
Ogromne znaczenie miały dla mnie Kaszubskie Warsztaty Akordeonowe w Wejherowie, organizowane między innymi przez prof. Rosińską. Byłem na nich trzykrotnie. To tam zobaczyłem, że istnieje coś takiego jak akordeonowy „wielki świat”.
Jeśli jednak miałbym wskazać momenty symboliczne, to były to jesienne wieczory na początku trzeciej klasy pierwszego stopnia. Często grałem wtedy przed lustrem i myślałem: „jak z tym instrumentem jest mi do twarzy”. Ta myśl wracała i stopniowo się utrwalała – aż akordeon zaczął jawić się jako coś, co jest mi po prostu pisane.
Skąd u Twoich rodziców pomysł na szkołę muzyczną?
Rodzice zazwyczaj chcą dla dzieci jak najlepiej – nawet jeśli dzieci w danym momencie się z tym nie zgadzają. Wtedy nie miałem żadnych innych zajęć dodatkowych. Sport, taniec – wszystko odrzucałem.
Szkole muzycznej jednak trudno się przeciwstawić, gdy już się w niej znajdziesz. Był w tym pewien autorytarny element decyzji rodziców, nie ma co ukrywać.
Jak wyglądała Twoja klasa akordeonu w I i II stopniu?
Szkoła muzyczna I stopnia
To nie była szkoła z silną klasą akordeonu. Było raczej skromnie – audycje, egzaminy, sporadyczne konkursy. Nie przypominało to dużych, znanych klas akordeonu z dziesiątkami uczniów, topowym instrumentarium i kilkoma nauczycielami o znanych nazwiskach.
I paradoksalnie – to było dobre. Dawało spokojne, naturalne „zakorzenienie się” w instrumencie. W trakcie mojego czteroletniego cyklu byłem jedyną osobą, która kontynuowała edukację dalej. U tego samego nauczyciela – Marka Rejnowicza – kilka lat wcześniej uczył się też Łukasz Brzezina, dziś dość znany akordeonista.
Szkoła muzyczna II stopnia
W Żyrardowie klasa akordeonu została otwarta po długiej przerwie, głównie dzięki mojemu nauczycielowi z podstawowej szkoły muzycznej. To on namówił mnie, bym nie wybierał Warszawy. Wspólnie z dyrekcją udało się ściągnąć Tomasza Ostaszewskiego, który został moim nauczycielem.
Byłem jedynym uczniem nowo otwartej klasy, ale wtedy nastąpił ważny zwrot – zmiana instrumentu na akordeon guzikowy z konwerterem i wejście w trudniejszy repertuar. Dzięki temu pojechałem na kilka poważniejszych konkursów. To był bardzo intensywny etap.
Studia – dlaczego Łódź i Poznań?
Chciałem zmienić otoczenie – to bardzo częsty powód i uważam, że dobry. Łódź i Poznań to były zupełnie różne klasy akordeonu.
W Łodzi klasa była mniejsza, ale to tam zostałem „naprostowany” technicznie i nadrobiłem braki. W Poznaniu klasa była większa, co szybko przełożyło się na aktywność zespołową, między innymi powstanie orkiestry akordeonowej. Tam mogłem już bardziej swobodnie rozwijać skrzydła wykonawczo.
Obie uczelnie uzupełniły się w moim przypadku bardzo logicznie.
A gdybyś miał doradzić wybór uczelni?
Nie wskazywałbym, która uczelnia jest „lepsza”. To bardzo indywidualna decyzja. U mnie sprawdziło się to, że licencjat i studia magisterskie realizowałem w różnych miejscach.
Skąd pomysł na Kanadę i jak wyglądała droga do Montrealu?
Zaczęło się od wydarzenia AkoPoznań 2022. Podczas jubileuszu prof. Teresy Adamowicz-Kaszuby odczytano list gratulacyjny od prof. Josepha Petrica. Oprócz gratulacji znalazła się tam informacja o otwarciu nowej klasy akordeonu na Uniwersytecie Montrealskim, w prowincji Quebec, wraz z zaproszeniem dla studentów z Polski.
Początkowo była to tylko myśl, która jednak została ze mną na długo. Oficjalne aplikowanie rozpocząłem dopiero rok później. Ameryka Północna była dla mnie od dawna marzeniem, więc studia w tym regionie pozwalały połączyć akordeon i styl życia w jedno.

Proces aplikacji był długi – dokumenty, zaliczka, program egzaminu, zarys pracy doktorskiej. Egzamin instrumentalny odbywał się w formie nagrania wideo, które wraz z pracą pisemną trzeba było wgrać do systemu uczelni. Przyjęcie przyszło w kwietniu 2024.
Potem zaczęła się prawdziwa walka z biurokracją – pozwolenia prowincjonalne i federalne, zaświadczenia, środki finansowe, niekończące się poprawki i odrzucenia formalne. Potwierdzenie prawa pobytu dostałem niecałe dwa tygodnie przed wylotem. Po przylocie pozostał już tylko odbiór fizycznego dokumentu wizy.
Jak wygląda studiowanie akordeonu w Kanadzie?
System edukacji muzycznej jest zupełnie inny. Nie ma szkół muzycznych ani akademii muzycznych w europejskim sensie. Są wydziały muzyczne w ramach uniwersytetów. Edukacja jest płatna – i to bardzo.
Możliwości studiowania akordeonu są skrajnie ograniczone – na całym kontynencie jest zaledwie kilka takich miejsc. Kanadyjskie środowisko akademickie akordeonu jest obecnie bardzo małe. W USA sytuacja jest jeszcze trudniejsza – nie funkcjonuje tam dziś żadna pełnoprawna klasa akademicka akordeonu.
Czuję się trochę jak na bezludnej wyspie. Z jednej strony – brak konkurencji i pełna wolność repertuarowa. Z drugiej – brak ustalonych standardów, znanych z Europy. Publiczność jednak reaguje bardzo żywo – akordeon jest dla niej czymś wyjątkowym.

Czy poza uczelnią akordeon w Kanadzie istnieje?
Jak najbardziej – ale poza strukturami akademickimi. Akordeon funkcjonuje głównie w obiegu nieformalnym. Przykładem jest festiwal „Carrefour mondial de l’accordéon” w Montmagny, jeden z najważniejszych w kraju. Skupia się głównie na muzyce quebeckiej i folklorze, choć zaprasza także akordeonistów klasycznych.
Jak reaguje kanadyjska publiczność na polską muzykę akordeonową?
Reakcje są bardzo wyraziste – często wręcz „wow”. Wielokrotnie grałem koncerty, w których zaczynałem od Bacha czy Scarlattiego, a kończyłem utworami polskich kompozytorów. I to właśnie te ostatnie pochłaniały całą uwagę publiczności.
Przykłady? Kaprys nr 2 Mikołaja Majkusiaka czy Hyper Pawła Janasa.
Jakie projekty realizujesz obecnie?
Ostatnim zrealizowanym projektem był koncert „Around the World with Music”. Wraz z francuskim skrzypkiem Paulem Karekezim przygotowaliśmy ponadgodzinny recital duetu, wykonany w jednej z polskich parafii. Chcemy rozwijać ten skład i planujemy kolejne koncerty.
Równolegle ubiegam się o dofinansowanie z programu „Fundusze Polonijne 2026” MSZ. Jeśli środki zostaną przyznane, planuję koncert „The Kaleidoscope of Colors in Polish Music” – w całości oparty na polskiej muzyce, skierowany do publiczności kanadyjskiej. Skład: akordeon, skrzypce, fortepian. Koncert miałby się odbyć w siedzibie Konsulatu RP w Montrealu.


Dodaj komentarz