Festiwal w Kotlinie dobiegł końca – wywiad z Januszem Barańskim

Wywiad przeprowadzili: Mateusz Doniec i Łukasz Mirek


Materiał archiwalny opublikowany 16.11.2011 roku na Polskim Portalu Akordeonowym www.akordeon.pl
Aktualizacja: 28.05.2026
Autor: Mateusz Doniec
Wywiad przeprowadzili: Mateusz Doniec, Łukasz Mirek

Festiwal w Kotlinie dobiegł końca. Przez kilkanaście dni miłośnicy akordeonu mieli okazję obcować z muzyką akordeonową na najwyższym poziomie. Wszystkie koncerty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem publiczności, sale były wypełnione po brzegi, a artyści zaprezentowali znakomite występy. Tegoroczną edycję festiwalu można bez wątpienia uznać za bardzo udaną.

Redaktorzy Polskiego Portalu Akordeonowego – Mateusz Doniec i Łukasz Mirek – byli obecni podczas finałowej Jesiennej Biesiady Akordeonowej, gdzie przeprowadzili wywiad z organizatorem festiwalu, Januszem Barańskim.

Janusz Barański w 2024r. (fot. facebook.com)

Jak ocenia Pan tegoroczny festiwal?

Przede wszystkim trzeba zapytać o to widzów. Według mnie festiwal od samego początku – czyli od pierwszego koncertu w kościele, podczas którego dwóch młodych ludzi zagrało muzykę bałkańską, przez występ Ariela Ramireza, który pokazał, jak gra się na bandoneonie, przez francuskie klimaty przenoszące nas pod Wieżę Eiffla, kino przenoszące nas na Kubę, aż po dzisiejszą biesiadę – pokazał, że ludziom potrzebna jest sztuka i muzyka.

Tworzenie festiwalu polega na tym, żeby pokazać ludziom wszystko, albo prawie wszystko, co istnieje w muzyce akordeonowej i to nam się w tym roku udało.

Skąd wziął się pomysł na powstanie Festiwalu?

Wszystko zaczęło się od dzieci i młodzieży. Kiedyś koncertowaliśmy z dziećmi w różnych miejscach Polski i ludzie znali wyłącznie naszą muzykę. Chcieliśmy pokazać, co dzieje się w świecie akordeonu. Chcieliśmy również zaprzeczyć idei konkursów i festiwali, podczas których spotyka się jury, fantastycznie grają dzieci, a nikt poza salą tego nie słyszy. Spotkałem wiele takich festiwali, część z nich istnieje do dziś.

Nie mówię tutaj o Przemyślu, bo musi istnieć kilka konkursów, podczas których można rywalizować, ale przede wszystkim trzeba wyjść z domu i pokazać akordeon ludziom. Akordeon był obecny w naszych domach – grali na nim nasi pradziadkowie, dziadkowie i rodzice. Grali inaczej niż dziś i właśnie tę inną muzykę chcemy pokazywać.

Dla kogo jest ten festiwal? Dla ludzi. Nie dla koneserów czy czterech panów z tytułami profesorskimi, którzy oczywiście są bardzo ważni i których szanuję przez całe życie.

Który z artystów wywarł na Panu największe wrażenie?

Największe wrażenie wywarł na mnie Ariel Ramirez – człowiek, który od dziesiątego roku życia żyje z bandoneonem i muzykę dosłownie wyssał z mlekiem matki. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie na całym świecie potrafią promować swoją muzykę ludową, a my, Polacy, wciąż nie umiemy wypromować własnej.

Jak rozpoczęła się Pana przygoda z akordeonem?

Moja prywatna przygoda? Wszystko zaczęło się, gdy miałem dziesięć lat i zapisałem się do klubu piłkarskiego Victoria Jarocin. Trenerem był przyjaciel mojego ojca. Podczas jednego z treningów piłka przewróciła mnie na boisku, choć wszyscy myśleli, że odbiłem ją głową. Trener opowiedział o tym mojemu ojcu. Nic nie wskazywało jednak na to, że zostanę piłkarzem i tata postanowił, że nie będę już chodził na treningi.

W domu bardzo płakałem, bo chciałem grać w piłkę. Ojciec powiedział wtedy, że jeśli przestanę płakać, kupi mi akordeon. Kilka dni później przywiózł mi „Kujawiaka” z Bydgoskiej Fabryki Akordeonów. Nigdy jednak nie lubiłem tego instrumentu. Nawet kiedy poszedłem do średniej szkoły muzycznej, grałem właściwie z przymusu. Po pierwszym roku niewiele brakowało, a zostałbym wyrzucony ze szkoły. Dopiero pod koniec nauki, w szóstej klasie, stałem się jednym z najlepszych uczniów.

Kiedy naprawdę polubiłem akordeon? Dopiero w wieku 22 lat, gdy zacząłem uczyć i zakładać pierwsze zespoły.

Co robi Pan poza działalnością festiwalową?

Na co dzień uczę dzieci gry na instrumencie. Prowadzę zespoły akordeonowe, chór oraz agencję artystyczną organizującą koncerty w całej Polsce. Co ciekawe, do założenia agencji „zmusili” mnie sami muzycy. Widząc organizację festiwalu, mówili: „Janusz, chcemy, żeby wszędzie było tak dobrze jak tutaj. Przyjeżdżamy i mamy wszystko, czego potrzebujemy”.

Staram się, aby podczas koncertów zadowolona była nie tylko publiczność, ale również sami muzycy.

Jaka jest przyszłość festiwalu?

Przyszłość festiwalu jest taka, jak przyszłość muzyki akordeonowej. Chcemy promować wszystko to, co dobre, autentyczne i różnorodne. Festiwal powstał po to, aby pokazywać różne nurty muzyki akordeonowej i przez dwa tygodnie prezentować to, co dzieje się w naszym akordeonowym świecie. Tworzymy muzykę dla ludzi.

Zawsze będziemy promować rzeczy autentyczne, czasem nawet dziwne. Kiedy przyjechali profesorowie Olczak i Jurek i wykonywali muzykę współczesną, ludzie pytali: „O co tutaj chodzi? Czy oni się dopiero stroją, czy jeszcze próbują?”. Warto jednak podkreślić, że przez te kilkanaście lat publiczność nauczyła się słuchać muzyki akordeonowej i potrafi odróżnić autentyczność od udawania.

Jeżeli wychodzi zespół grający muzykę argentyńską, nie może niczego udawać. Jeśli akordeoniści wykonują muzykę klubową, muszą robić to prawdziwie. Ludzie, nawet jeśli wcześniej nigdy czegoś takiego nie słyszeli, potrafią wyczuć, że jest to dobre. I właśnie to chcemy nadal pokazywać.

Dziękujemy bardzo za wywiad i gratulujemy wspaniałego festiwalu.

Również dziękuję.

Plakat festiwalu w Kotlinie z 2011 roku.


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *