Jak wygląda staż pedagogiczny Erasmus+? Moje doświadczenia z Trydentu


12.08.2026
Autor: Mateusz Doniec

Z racji tego, że wielu może nie dotrwać do końca tego materiału, rozpocznę go od puenty: jeśli masz taką możliwość, skorzystaj z programu Erasmus+. Niezależnie od tego, czy jesteś studentem, czy absolwentem. Wyjazd za granicę i życie przez dłuższy czas w innym kraju potrafią silnie i pozytywnie wpłynąć na człowieka. Świetnie ujął to Mario Stefano Pietrodarchi: „Zawsze widzę, że kiedy studenci wracają z podobnych wyjazdów, coś się w nich zmienia. Stają się znacznie silniejsi, bardziej samodzielni. Można powiedzieć, że zaczynają mówić innym językiem – nie tylko w sensie dosłownym, ale też muzycznym i pedagogicznym. To ma ogromne znaczenie dla człowieka, dla studenta, dla muzyka”.

30 czerwca 2026 roku zakończyłem swój staż pedagogiczny realizowany w ramach programu Erasmus+ w Conservatorio di Musica Francesco Antonio Bonporti di Trento e Riva del Garda. Przez cztery i pół miesiąca współpracowałem z maestro Mario Stefano Pietrodarchim, pełniąc funkcję jego asystenta. W niniejszym artykule spróbuję zwięźle opisać kroki, jakie należy podjąć, aby dostać się na podobny staż, przedstawić moje działania w Trydencie, a także podzielić się osobistymi doświadczeniami związanymi z kilkumiesięcznym pobytem we Włoszech.

Erasmus+ – czym jest i jakie daje możliwości?

Erasmus+ to program Unii Europejskiej wspierający edukację, szkolenia, młodzież i sport. Obejmuje m.in. szkolnictwo wyższe, edukację szkolną i zawodową, kształcenie dorosłych oraz działania związane z młodzieżą i sportem. Z perspektywy studentów szkół wyższych najważniejsza jest możliwość wyjazdu za granicę na część studiów, praktykę lub staż. Z programu mogą korzystać również absolwenci, pod warunkiem że wyjazd zakończy się w ciągu roku od ukończenia studiów. Łączny okres mobilności może wynosić do 12 miesięcy na każdym cyklu studiów. Erasmus+ umożliwia także zagraniczne wyjazdy pracowników uczelni w celu prowadzenia zajęć lub podnoszenia kwalifikacji. Program ma nie tylko wspierać rozwój wiedzy i umiejętności, ale również samodzielność, pewność siebie i zdobywanie doświadczeń w środowisku międzynarodowym.

Chciałbym szczególnie zwrócić uwagę na możliwość wyjazdu na staż pedagogiczny, czyli formę Erasmus+, z której sam skorzystałem. Jest to zupełnie inny rodzaj wyjazdu niż studiowanie na zagranicznej uczelni. Przede wszystkim nie ma egzaminów ani konieczności nadrabiania po powrocie zajęć na uczelni macierzystej. Jednocześnie możliwości rozwoju na miejscu są bardzo szerokie i w dużej mierze zależą od pedagoga prowadzącego. Jako jego asystent uczestniczysz w lekcjach, obserwujesz sposób pracy ze studentami i zdobywasz doświadczenie pedagogiczne. W zależności od charakteru stażu możesz również angażować się w część obowiązków prowadzącego, a także rozwijać się artystycznie – zarówno jako solista, jak i poprzez grę w zespołach.

Jak dostać się na staż Erasmus+?

Pierwsze kroki należy skierować do koordynatora programu Erasmus+ na swojej uczelni. W praktyce rozmowa z nim jest najważniejszym działaniem ze strony studenta, ponieważ dalsze formalności realizuje się już we współpracy z koordynatorem.

Kolejnym etapem jest wybór uczelni zagranicznej. Poszczególne szkoły wyższe współpracują ze sobą w ramach programu Erasmus+, dlatego wcześniej warto sprawdzić listę dostępnych uczelni partnerskich. Zazwyczaj można ją znaleźć na stronie internetowej uczelni lub uzyskać bezpośrednio od koordynatora.

Ostateczną decyzję o przyjęciu podejmuje uczelnia zagraniczna. W przypadku stażu pedagogicznego nie każda placówka zgadza się na taką formę współpracy, dlatego warto próbować i kontaktować się z wybranymi ośrodkami.

Ja pierwszy kontakt z koordynatorem programu Erasmus+ miałem pod koniec listopada 2024 roku. Terminy mają w całym procesie duże znaczenie, dlatego jeśli planujesz wyjazd na przykład na trzecim roku studiów, warto skontaktować się z koordynatorem już na początku drugiego roku. Wniosek o wyjazd trzeba bowiem złożyć odpowiednio wcześniej, zazwyczaj jeszcze w pierwszym semestrze roku akademickiego. Warto również pamiętać, że przy kwalifikacji na wyjazd znaczenie mają wyniki w nauce.

Pierwszym dokumentem, jaki wypełniłem, był Erasmus+ Placement Application Form. Jest to formularz, który w pewnym stopniu przypomina CV. Oprócz podstawowych danych osobowych i informacji potrzebnych do celów administracyjnych wpisuje się w nim m.in. swoje doświadczenie zawodowe, znajomość języków obcych, dotychczasowe osiągnięcia oraz oczekiwania związane z wyjazdem. Co ważne, do wniosku należy również dołączyć nagrania. Jak stwierdziła koordynatorka programu Erasmus+ w Poznaniu: „szanse na wyjazd są duże, jeśli się ładnie gra!”. Wybór repertuaru i rodzaju nagrań jest dość dowolny. Ja zdecydowałem się przesłać linki do swoich występów w zespołach kameralnych – duecie i trio.

W moim przypadku pojawiła się jeszcze jedna wątpliwość związana z terminem ukończenia studiów. Rekrutacja na Erasmus+ odbywała się wcześniej, natomiast recital dyplomowy planowałem zagrać dopiero we wrześniu 2025 roku, a sam wyjazd rozpocząć w lutym 2026 roku. Obawiałem się, że późniejszy termin egzaminu dyplomowego może mieć wpływ na możliwość wyjazdu. Po konsultacji z koordynatorką okazało się jednak, że nie stanowiło to problemu – na staż wyjeżdżałem już jako absolwent.

Kolejnym dokumentem, który trzeba wypełnić, jest Learning Agreement for Traineeships. Jest to plan naszego stażu. Wpisuje się w nim m.in. gdzie i kiedy odbędzie się staż, ile godzin tygodniowo będzie trwał, czym będziemy się zajmować oraz czego chcemy się podczas niego nauczyć. W moim przypadku znalazły się tam m.in. udział w zajęciach jako asystent, praca ze studentami, gra w zespołach kameralnych oraz rozwijanie umiejętności pedagogicznych i artystycznych. Dokument określa też, kto będzie opiekował się stażystą i w jaki sposób jego praca zostanie oceniona.

I to w zasadzie najważniejsze formalności. Będąc w stałym kontakcie z koordynatorem, a często wręcz wypełniając dokumenty wspólnie z nim, przez cały proces aplikacji można przejść stosunkowo łatwo. List z zaproszeniem z Conservatorio di Musica Francesco Antonio Bonporti di Trento e Riva del Garda został podpisany 11 kwietnia 2025 roku. Od tego momentu wiedziałem już, że czeka mnie jedna z największych przygód w moim życiu.

Konserwatorium w Trydencie / Riva del Garda

Choć Conservatorio di Musica „F.A. Bonporti” di Trento e Riva del Garda jako państwowe konserwatorium działa od 1980 roku, jego początki sięgają przełomu XVIII i XIX wieku. Już w 1795 roku w Trydencie powstało Towarzystwo Filharmoniczne, a w 1815 roku związana z nim Scuola Filarmonica. Na początku XX wieku, pod kierownictwem Vincenzo Gianferrariego, funkcjonowało Liceo Musicale.

Istotne zmiany nastąpiły podczas II wojny światowej. W 1943 roku zarządzanie szkołą zaczęło stopniowo przechodzić w ręce miasta, a proces ten został formalnie zakończony w 1951 roku. W kolejnych dekadach instytucja rozwijała się, a wraz ze wzrostem liczby uczniów potrzebowała także większej przestrzeni. W 1974 roku przeniosła się więc do nowej siedziby przy via Santa Maria Maddalena.

1 października 1980 roku dotychczasowe miejskie Liceo Musicale zostało przekształcone w państwowe konserwatorium. Początkowo nosiło imię Vincenzo Gianferrariego, później jego patronem został Francesco Antonio Bonporti – żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku kompozytor, zaliczany do najważniejszych muzyków związanych z regionem Trydentu. W 2015 roku konserwatorium po raz kolejny zmieniło swoją siedzibę, przenosząc się do budynku przy via San Giovanni Bosco, gdzie uzyskało większą przestrzeń do prowadzenia działalności dydaktycznej i artystycznej.

Dziedziniec konserwatorium w Trydencie (fot. conservatorio.tn.it)

Conservatorio Bonporti działa nie tylko w Trydencie, ale również w Riva del Garda. Historia tamtejszej filii jest równie interesująca – początkowo należała ona do Conservatorio „C. Monteverdi” w Bolzano, od 1975 roku podlegała Conservatorio „G. Verdi” w Mediolanie, a dopiero w 1980 roku została częścią konserwatorium w Trydencie. Jej siedziba znajduje się w pobliżu XVII-wiecznego kościoła Chiesa dell’Inviolata.

Kościół Chiesa dell’Inviolata w Riva del Garda

Prawdę mówiąc, o tym, że maestro Pietrodarchi będzie prowadził zajęcia zarówno w Trydencie, jak i w oddalonym o niecałe 50 kilometrów Riva del Garda, dowiedziałem się dopiero krótko przed przyjazdem. Oznaczało to więc, że mój staż będzie odbywał się w dwóch różnych miejscach.

Teren konserwatorium w Riva del Garda.

Jak wygląda staż pedagogiczny Erasmus+ w praktyce? 

Z maestro Mario Stefano Pietrodarchim byłem w kontakcie jeszcze przed złożeniem dokumentów. Wiedział więc, że zamierzam aplikować do konserwatorium i od początku był bardzo pozytywnie nastawiony do mojego przyjazdu.

Wcześniej nie znaliśmy się osobiście. Do wyjazdu zachęciła mnie Adele Pirozzolo, absolwentka maestro Pietrodarchiego, która odbywała staż pedagogiczny w Akademii Muzycznej w Poznaniu. Jestem jej podwójnie wdzięczny – nie tylko poleciła mi staż u Maestro, ale przede wszystkim to dzięki niej dowiedziałem się, że taka forma wyjazdu w ramach Erasmus+ w ogóle istnieje. Nie wiem, jak wygląda to na innych uczelniach, ale w przypadku poznańskiej Akademii informacja o możliwości odbycia stażu pedagogicznego nie jest szczególnie wyeksponowana. Gdyby nie rozmowa z Adele, prawdopodobnie sam nie wiedziałbym, że mogę z takiej możliwości skorzystać.

Do Trydentu przyjechałem w niedzielę 15 lutego 2026 roku. Już następnego dnia po raz pierwszy spotkałem się z maestro Mario Stefano Pietrodarchim, aby ustalić plan działania na najbliższe miesiące. Przyznam, że nasze wcześniejsze kontakty za pośrednictwem komunikatorów wzbudziły we mnie niewielkie wątpliwości co do tego, jak będzie wyglądała nasza współpraca. Na pytania dotyczące mojego pobytu i przyszłej pracy Maestro odpowiadał zazwyczaj dość zdawkowo, a kiedy próbowałem dopytywać o konkretne kwestie, często słyszałem jedynie: we will see. Trudno było mi więc przed przyjazdem przewidzieć, jak dokładnie będzie wyglądała moja codzienność w konserwatorium i jakie zadania będą na mnie czekały. Na żywo Maestro zrobił jednak na mnie bardzo pozytywne wrażenie – był uśmiechnięty, otwarty i od samego początku pełen pomysłów.

Jedna z jego pierwszych propozycji była dla mnie sporym zaskoczeniem, ponieważ dotyczyła… koncertu. Orchestra Fondazione Luciano Pavarotti, mająca siedzibę w Casalecchio di Reno niedaleko Bolonii, poszukiwała akordeonisty do udziału w koncercie poświęconym kompozycjom maestro Peppe Vessicchio. Pierwsze dni mojego pobytu we Włoszech upłynęły więc na intensywnych przygotowaniach do występu, który odbył się 21 lutego.

Koncert z Orchestra Fondazione Luciano Pavarotti

Nie musiałem długo czekać, aby przekonać się, że takich niespodziewanych propozycji będzie więcej. W zasadzie jeszcze podczas pobytu w Bolonii Maestro napisał do mnie z kolejnym pomysłem – udziałem w nagraniu partii akordeonu do realizacji La cantatrice calva Eugène’a Ionesco. Był to projekt przygotowywany w Conservatorio di Trento z muzyką Gioachino Rossiniego, Bianki Giacomoni, Irene Metere i Andrei Ruocco. Premiera miała miejsce 14 marca 2026 roku w Auditorium Andrea Mascagni w konserwatorium w Trydencie. Już pierwszy miesiąc pokazał mi więc, że mój staż nie będzie ograniczał się wyłącznie do obserwowania lekcji i zdobywania doświadczenia pedagogicznego.

Plakat promujący sztukę La cantatrice calva

Nie sposób chronologicznie opisać wszystkiego, co wydarzyło się przez te cztery i pół miesiąca. Zdecydowałem się więc podzielić tę część artykułu na cztery najważniejsze bloki. Opowiem o pracy i osobie maestro Mario Stefano Pietrodarchiego, jego studentach i moich kontaktach z nimi, miejscu akordeonu na uczelni i we Włoszech, a na końcu podzielę się własnymi przemyśleniami dotyczącymi całego pobytu.

Mario Stefano Pietrodarchi

Mario Stefano Pietrodarchi jest osobą bardzo charyzmatyczną i głęboko wierzącą w swoje idee. Mogę też z całą pewnością potwierdzić jego słowa z wywiadu, który przeprowadziłem z nim pod koniec stażu – jest niezwykle zapracowany. Widywaliśmy się regularnie i praktycznie nie opuścił żadnego tygodnia zajęć, a w międzyczasie opowiadał mi o swoich kolejnych podróżach. Nie jestem nawet w stanie spamiętać wszystkich krajów, w których koncertował podczas naszej współpracy. Był m.in. na Słowacji, w Niemczech, Portugalii, Mołdawii, a także w Polsce. Mimo intensywnego trybu życia, a czasem nawet nieprzespanej nocy, na zajęcia przyjeżdżał zawsze uśmiechnięty i serdeczny. I właśnie ta serdeczność jest chyba jedną z jego cech, które zapamiętam najbardziej. Każdą osobę wchodzącą do sali witał promiennym uśmiechem, często dodając charakterystyczne dla siebie: „Grande direttore!”, „Grande maestro!” czy po prostu „Grande Jacopo!”. Co ważne, z taką samą życzliwością odnosił się do osób pracujących w portierni czy zajmujących się sprzątaniem. Czasami miałem wrażenie, że z każdym w konserwatorium zna się jak z dobrym przyjacielem.

Podobnie wyglądały jego relacje ze studentami. Niekiedy miałem wrażenie, że jest dla nich bardziej przyjacielem niż profesorem. Być może częściowo wynika to z różnic kulturowych między Polską a Włochami. Nie oznacza to oczywiście braku granic w relacji pedagog – student, ale sposób komunikacji był zdecydowanie bardziej bezpośredni i swobodny niż ten, który znałem z własnych doświadczeń w Polsce.

Mario Stefano Pietrodarchi podczas lekcji z jednym ze studentów

Zapamiętam również to, jak bardzo interesował się wszystkim, co działo się wokół jego studentów i współpracowników. Zawsze pytał, jak poszło, czy wszystko jest w porządku i jak przebiegają kolejne działania. Dotyczyło to zarówno mnie, jak i jego studentów, którym często proponował dodatkowe zadania, projekty czy występy. Co ciekawe, nawet kiedy przebywał w innym kraju, miałem wrażenie, że cały czas doskonale orientuje się w tym, co dzieje się na miejscu. Potrafił pozostawać w kontakcie z wieloma osobami jednocześnie, organizować kolejne działania i sprawnie wszystkim zarządzać, mimo bardzo intensywnego kalendarza.

Również podczas pracy na lekcjach maestro Pietrodarchi jest niezwykle zaangażowany. Wsłuchuje się w każdą nutę, analizuje najdrobniejsze szczegóły, a czasami potrafi spędzić ze studentem bardzo dużo czasu nad jedną frazą. Niektóre jego metody początkowo mnie zaskakiwały, ale często okazywały się bardzo skuteczne.

Jest zwolennikiem dokładnego rozczytywania utworu od podstaw. Osobiście zapisuje studentom palcowanie, dużą wagę przywiązuje do ćwiczenia z metronomem i stopniowego zwiększania tempa. Pracę nad nowym utworem podczas lekcji często zaczyna właściwie od zera, niekiedy od czytania a vista. Oczywiście sposób jego pracy zmienia się wraz z poziomem studenta. Z młodszymi bardzo często ćwiczy fragmentarycznie, wystukuje puls długopisem i prowadzi ich przez utwór bardzo szczegółowo. Czasami miałem wręcz wrażenie, że część pracy, którą uczniowie powinni wykonywać samodzielnie w domu, Maestro wykonywał razem z nimi podczas lekcji.

Fragment utworu 3-3-2 Bogdana Precza z notatkami Mario Stefano Pietrodarchiego

Muzyka ma to do siebie, że nie istnieje jeden bezdyskusyjnie słuszny sposób interpretacji. Doświadczałem tego również podczas stażu, nie zawsze zgadzając się z propozycjami Maestro. Kiedy jednak pytałem: „dlaczego?”, zawsze potrafił rzeczowo i konkretnie uzasadnić swoje decyzje. Dzięki temu nawet wtedy, gdy nasze spojrzenie na dany fragment było inne, rozmowa pozostawała bardzo wartościowa.

Miałem również wielką przyjemność spotykać się z Maestro w roli ucznia i dzięki temu poznawać jego metody także we własnej praktyce. Muszę przyznać, że przynosiły bardzo dobre efekty. Materiał, którego opanowanie wcześniej zajęłoby mi prawdopodobnie około dwóch miesięcy, stosując konsekwentnie jego wskazówki, byłem w stanie przygotować w około trzy tygodnie.

Pamiętam, że kiedyś, spacerując ulicami Trydentu, naszła mnie refleksja, że Maestro Pietrodarchi odkrył przede mną „czwarty wymiar” akordeonu. Mam tu na myśli przede wszystkim jego podejście do kształtowania dynamiki poprzez sposób naciskania guzików. Pokazał mi, że nie zawsze muszą być one wciskane do końca – szczególnie w manuale basowym. Odpowiednie operowanie głębokością nacisku pozwala uzyskać dodatkowe zróżnicowanie dynamiczne i znacznie poszerzyć paletę brzmieniową instrumentu. To jedna z tych rzeczy, na które przed przyjazdem do Trydentu nie zwracałem aż tak dużej uwagi.

Jako wykonawca Maestro Pietrodarchi jest naprawdę kimś wyjątkowym. Wielokrotnie pisałem już na łamach strony o jego ogromnej dbałości o jakość dźwięku i rzeczywiście podczas gry zawsze stawia ją na pierwszym miejscu. Chciałbym jednak zwrócić uwagę również na jego niezwykłe możliwości techniczne. Maestro praktycznie zawsze miał przy sobie akordeon i podczas lekcji często sam pokazywał studentom omawiane fragmenty. Nieraz robił to w sposób, który pozostawiał ogromne wrażenie. Szczególnie zapamiętałem moment, kiedy podczas jednej z lekcji zagrał fragment Lotu ponad czasem Petri Makkonena. Pamiętam go do dziś – przede wszystkim ze względu na lekkość, precyzję i niesamowite tempo, w jakim wykonał ten fragment.

Wiem, że powyższe słowa mogą brzmieć nieco „cukierkowo”. Sam często, czytając różne materiały i znając niektóre historie zza kulis, odczuwam pewien sprzeciw wobec tego, że jako środowisko tak rzadko poruszamy również trudniejsze tematy. Dlatego nie chciałbym zamazywać rzeczywistości ani ograniczać się wyłącznie do pochwał – zależy mi na pisaniu rzetelnym, także wtedy, gdy oznacza to konstruktywną krytykę.

Jestem pewien, że również we współpracy z Maestro mógłbym wskazać rzeczy, które trudno byłoby zaliczyć do jej mocnych stron. Mam jednak poczucie, że cztery i pół miesiąca to zbyt krótki czas, aby formułować na ten temat daleko idące wnioski. Jedną z cech, które udało mi się wyraźnie zauważyć, jest jego bardzo duża pewność siebie i silne przekonanie do podejmowanych decyzji. Odniosłem wrażenie, że przy dłuższej współpracy częste kwestionowanie jego pomysłów i konsekwentne proponowanie innych rozwiązań mogłoby czasem prowadzić do napięć.

Współpraca ze Studentami

Moja praca ze studentami w większości opierała się na asystowaniu Maestro podczas zajęć. Obserwowałem jego sposób pracy oraz postępy studentów, a czasami, patrząc na daną sytuację z perspektywy osoby trzeciej, mogłem również coś doradzić. Zdarzało się jednak, że zajęcia wyglądały inaczej – „wymienialiśmy się” z Maestro studentami. Jeden pracował indywidualnie ze mną, w tym czasie drugi miał lekcję z Maestro, a później następowała zmiana.

Do indywidualnej pracy ze studentami podchodziłem z dużą pokorą. Jak wspomniałem wcześniej, nie zawsze zgadzałem się z Maestro w kwestiach interpretacyjnych – czasem inaczej poprowadziłbym miech, zastosował inną artykulację czy inaczej ukształtował frazę. Mimo to podczas pracy ze studentami starałem się przede wszystkim realizować jego założenia. Uważałem, że moją rolą jako asystenta jest kontynuowanie pracy prowadzonej przez głównego pedagoga i zachowanie spójnego kierunku interpretacyjnego.

Obserwowanie lekcji Maestro pozwalało mi dobrze poznać jego koncepcję danego utworu, a później kontynuować tę pracę podczas zajęć indywidualnych. Często pytałem też studentów: „Jak Maestro kazał ci to grać?”. Jeśli moje spojrzenie na dany fragment wyraźnie różniło się od jego koncepcji, czasami przedstawiałem studentowi również swój punkt widzenia i wyjaśniałem, dlaczego sam zrobiłbym coś inaczej. Chciałem w ten sposób pokazać, że w muzyce możliwe są różne rozwiązania i warto mieć świadomość różnych sposobów interpretacji. Podczas naszej wspólnej pracy konsekwentnie realizowaliśmy jednak założenia Maestro.

Ze względu na to, że studenci często mieszkali wiele kilometrów od konserwatorium, część dodatkowych lekcji prowadziłem online. Czasy pandemii nauczyły nas funkcjonowania w takim systemie, który ma oczywiście więcej wad niż zalet, ale w tym przypadku pozwalał mi utrzymywać regularny kontakt ze studentami. Było to szczególnie istotne w przypadku młodszych uczniów, z którymi ze względu na obowiązujące przepisy nie mogłem samodzielnie przebywać w sali.

Takie spotkania miały często bardziej charakter kierowania procesem ćwiczenia. Pomagałem zaplanować pracę, wskazywałem fragmenty wymagające szczególnej uwagi i kontrolowałem postępy. Mimo ograniczeń wynikających z formy online również taka współpraca przynosiła bardzo dobre efekty.

Szczególnie dumny jestem z 15-letniego Giacomo, który podczas mojego pobytu opanował od podstaw Asturias Isaaca Albéniza, a następnie z powodzeniem wykonał ten utwór podczas koncertu. Miałem również możliwość współpracy z duetem akordeonowo-saksofonowym, który zajął wysokie miejsce podczas konkursu Città di Bardolino.

Ważnym elementem mojej pracy było także wspieranie studentów podczas konkursów. Byłem z nimi przed występami i po nich, rozmawialiśmy o wykonaniach, analizowaliśmy poszczególne elementy, a czasem po prostu starałem się dodać im otuchy i kibicować. Takie wsparcie również uważam za ważną część pracy pedagoga.

Zajęcia prowadziłem w języku angielskim, z czasem coraz częściej wplatając do niego włoskie określenia. Znajomość angielskiego wśród studentów była na wysokim poziomie, dlatego właściwie nigdy nie odczułem, żeby istniała między nami bariera komunikacyjna. Co więcej, mam poczucie, że przez te kilka miesięcy udało mi się z większością z nich nawiązać bardzo bliskie relacje, które – mam nadzieję – przetrwają próbę czasu.

Wraz z dwoma studentami Marko (z lewej) i Jacopo (z prawej)

Dzięki życzliwości i gościnności studentów mogłem również poznać Włochy od strony, której prawdopodobnie nigdy nie doświadczyłbym jako zwykły turysta. Roberto, student pochodzący z Bagolino, zaprosił mnie na wyjątkowe lokalne święto pożegnania zimy. Jego kulminacyjnym punktem było spalenie ogromnej kukły, którą wcześniej przewożono przez całe miasteczko przy akompaniamencie regionalnych melodii wykonywanych przez muzyków w tradycyjnych strojach. Miałem tam również okazję spróbować charakterystycznego dla tego regionu sera Bagòss. Wystarczył pierwszy kęs, żebym zdecydował się kupić cały kilogram do domu.

Muzycy z Bagolino przed przygotowaną do spalenia kukłą Vecchia. Tego dnia po raz ostatni powracają karnawałowe stroje i tradycyjna muzyka związana z Carnevale Bagosso.

Inny student – Jacopo – zaprosił mnie do swojego rodzinnego domu na obiad. To właśnie tam zjadłem chyba najlepszą polentę w swoim życiu, popijając ją wyjątkowym limoncello. Z kolei w domu Marko, w jeden z ostatnich dni mojego pobytu, spotkaliśmy się wieczorem z grupą studentów, żeby przy pizzy wspólnie powspominać minione miesiące.

Akordeon w Conservatorio Bonporti i we Włoszech 

W tym akapicie podzielę się moimi subiektywnymi spostrzeżeniami wynikającymi z porównania tego, jak wyglądało środowisko akordeonowe w Akademii Muzycznej w Poznaniu, z tym, co zastałem i czego doświadczyłem w konserwatorium w Trydencie. Mam świadomość, że są to obserwacje obejmujące jedynie niewielki wycinek rzeczywistości, szczególnie jeśli chodzi o Włochy, dlatego mogą nie oddawać pełnego obrazu. Jeśli ktoś ma inne doświadczenia, liczę na dyskusję w komentarzach – z przyjemnością uzupełnię ten akapit o spostrzeżenia innych osób.

Uważam, że jako Polacy większą wagę przywiązujemy do jakości organizacji przeglądów, festiwali czy koncertów. Miałem okazję uczestniczyć w konkursie niedaleko Werony, na który pojechałem z jednym ze studentów. Nie był to konkurs wyłącznie akordeonowy – brali w nim udział również instrumentaliści grający na instrumentach dętych i smyczkowych. Atmosfera była bardzo miła, wszyscy byli serdeczni i sympatyczni, ale nie czułem tam klimatu konkursu ani większego wydarzenia muzycznego. Bardzo zdziwił mnie sposób zorganizowania przestrzeni konkursowej. Przesłuchania odbywały się w budynku rady miasta. Jurorzy siedzieli przy biurkach przeznaczonych na co dzień dla radnych, a muzycy grali przodem do nich. Publiczność znajdowała się natomiast za plecami wykonawców. Było to dla mnie bardzo dziwne rozwiązanie – widzowie nie mogli obserwować ekspresji muzyków, a sam dźwięk był kierowany w zupełnie inną stronę. Nie do końca przekonała mnie również organizacja kolejnych etapów i wybór muzyków, którzy mieli wystąpić podczas koncertu laureatów. Do finałowego etapu zakwalifikowano 12 osób, jednak dwie z nich po całym dniu oczekiwania dowiedziały się, że mogą wracać do domu, ponieważ nie wystąpią podczas koncertu. Odebrałem to jako pewien brak szacunku wobec tej pechowej dwójki.

Plakat konkursu Concorso per Archi, Legni, Ottoni e Fisarmonica, który odbywał się w Cerea w dniach 15-18 kwietnia 2026 roku.

Byłem również na koncercie zorganizowanym przez lokalnego nauczyciela i miałem po nim dość mieszane odczucia. Poziom wykonawczy był raczej niski, a uczniowie grali transkrypcje największych dzieł muzyki klasycznej – pojawiły się m.in. Toccata i fuga d-moll, Eine kleine Nachtmusik, a także oczywiście Libertango. Z jednej strony miałem wrażenie, że w Polsce tak ograny i oczywisty repertuar jak Libertango w środowisku akademickim jest już przyjmowany bez większego entuzjazmu – czego akurat osobiście nie uważam za słuszne. Z drugiej strony odczuwałem pewien dyskomfort, słuchając największych dzieł muzyki klasycznej wykonywanych w interpretacjach, które nie zawsze spełniały wysokie standardy wykonawcze. Odniosłem też wrażenie, że w kręgu amatorskim oryginalna literatura akordeonowa, w akademickim rozumieniu tego pojęcia, nie jest zbyt często wykonywana.

Przed koncertem. Sam występ odbywał się w niezwykle pięknym, historycznym wnętrzu.

Jednocześnie chciałbym podkreślić, że przez cały pobyt byłem pod ogromnym wrażeniem sposobu bycia Włochów – ich życzliwości, otwartości i tego, jak potrafią spędzać ze sobą czas przy muzyce. Zwróciłem też uwagę na to, jak ważne jest dla nich miejsce pochodzenia. Pytanie Di dove sei?, czyli „Skąd jesteś?”, padało właściwie przy każdej rozmowie z nowo poznanymi osobami. W trakcie podróży pociągiem z Trydentu do Apulii (która trwała ponad dziesięć godzin) Roberto – student maestro Pietrodarchiego – przez znaczną część drogi rozmawiał z ludźmi, których dopiero co poznał. Podobną otwartość dostrzegłem podczas warsztatów akordeonowych w Apulii, o których wspominałem już w innym artykule. Wieczory były tam pełne wspólnego grania muzyki tradycyjnej, śpiewu i tańców. Moje wspomnienia z konkursów w Polsce są pod tym względem zupełnie inne. Integracja najczęściej odbywała się w pokojach hotelowych i raczej w niewielkich, zamkniętych grupach. Mam też wrażenie, że w Polsce do muzyki tradycyjnej podchodzimy znacznie bardziej krytycznie i często traktujemy ją z pewnym dystansem, zamiast po prostu wspólnie ją grać i czerpać z tego przyjemność. Atmosfera, którą tworzyli Włosi, była dla mnie pod tym względem bardzo wyraźnym kontrastem wobec tego, co znałem z Polski.

Maestro Pietrodarchi cieszył się na uczelni bardzo dużym szacunkiem zarówno wśród innych pedagogów, jak i dyrekcji. Jednocześnie klasa akordeonu nie ma własnego pomieszczenia. Brakowało mi takiego miejsca, w którym można byłoby zostawić książki i płyty, które przywiozłem, powiesić dyplomy czy plakaty koncertowe. Studenci nie mają też możliwości zostawiania swoich akordeonów na uczelni. Mam wrażenie, że w porównaniu chociażby z klasą akordeonu w Poznaniu studentom w Trydencie i Riva del Garda trudniej jest utrzymywać bliski kontakt i spędzać ze sobą czas poza lekcjami. Składa się na to kilka rzeczy. Wielu z nich mieszka nawet kilkadziesiąt kilometrów od uczelni i dojeżdża na zajęcia. Zajęcia odbywają się również w dwóch siedzibach oddalonych od siebie o około godzinę drogi. Do tego dochodzi brak jednego wspólnego pomieszczenia, w którym studenci mogliby razem ćwiczyć i spotykać się poza lekcjami.

Jeśli chodzi o repertuar, bardzo duży nacisk kładzie się na muzykę Bacha i Scarlattiego. Niezwykle ważna dla Włochów jest również rosyjska literatura akordeonowa, zwłaszcza twórczość Władysława Zołotariowa. Cieszyła mnie także obecność muzyki polskiej, przede wszystkim utworów Bogdana Precza. Mam jednak wrażenie, że w Polsce znacznie chętniej sięga się po muzykę najnowszą, powstałą w XXI wieku. Zaskoczyło mnie natomiast, że czasami ten sam utwór był przygotowywany jednocześnie przez dwóch lub nawet kilku studentów.

Ciekawą kwestią jest również bardzo zróżnicowany poziom studentów. Byli wśród nich uczniowie na naprawdę wysokim poziomie, ale byli też tacy, których umiejętności określiłbym jako zbliżone do poziomu czwartej klasy szkoły muzycznej I stopnia. Miałem wrażenie, że część z nich nie dostałaby się na polską uczelnię muzyczną, a nawet gdyby została przyjęta, mogłaby mieć duży problem z przebrnięciem przez pierwszy semestr. Tutaj wygląda to inaczej – pierwszy stopień studiów można realizować nawet przez kilka lat. Mam do tego trochę ambiwalentny stosunek. Z jednej strony bardzo podoba mi się to, że szansę dostaje właściwie każdy i można niemal od zera rozwijać się w profesjonalnych warunkach pod okiem wybitnego pedagoga. Z drugiej strony tak swobodne podejście do egzaminów i możliwość wielokrotnego przedłużania studiów sprawiają, że w niektórych przypadkach motywacja do ćwiczenia i rozwoju staje się bardzo niewielka.

Mario Stefano Pietrodarchi podczas lekcji z jednym ze studentów

Kilka refleksji po Erasmus+ 

Jadąc do Trydentu, spełniałem swoje marzenie o tym, żeby przynajmniej przez jakiś czas żyć za granicą. Trochę nie wiedziałem, czego się spodziewać. Na początku nawet trochę żałowałem, że trafiłem właśnie do Trydentu, a nie gdzieś nad morze, do nieco cieplejszego regionu. Ostatecznie okazało się jednak, że przeżyłem jedną z największych przygód mojego życia, doświadczyłem wyjątkowego piękna przyrody i kultury oraz poznałem wspaniałych ludzi.

Sam Trydent jest jednym z najpiękniejszych miejsc, w jakich byłem. Otoczony z każdej strony górami, pełen pięknych zabytków, jest miejscem nieoczywistym na mapie Włoch. To samo mógłbym powiedzieć o jego okolicach, w tym o jeziorze Garda i miejscowościach położonych nad jego brzegiem.

Widok na Trydent z punktu widokowego Busa degli Orsi

Postanowiłem przeżyć tego Erasmusa z nastawieniem na „tak” – być otwartym na propozycje i możliwości, które przyniesie ten staż. Myślę, że bardzo mnie to rozwinęło jako człowieka. Czuję się dojrzalszym artystą, nauczycielem i po prostu człowiekiem. Zmianę zauważają również moi najbliżsi, co tylko zwiększa moją satysfakcję z całego wyjazdu.

Oprócz przepięknych wspomnień z pewnością pozostaną ze mną również nowo nawiązane kontakty. Bardzo piękne słowa usłyszałem od dyrektora konserwatorium Calogero Di Liberto, który stwierdził, że stałem się członkiem ich muzycznej, konserwatoryjnej rodziny i zawsze będę tam mile widziany. To samo potwierdził Maestro, z którym rozstałem się w wielkiej sympatii i z wzajemnym zapewnieniem, że jeszcze nie raz się spotkamy.

Na zdjęciu m.in. Mario Stefano Pietrodarchi (pierwszy od lewej) i Calogero di Liberto (drugi od prawej)

Pierwszą taką okazją mógłby być festiwal RivaMusica, odbywający się w trzecim tygodniu lipca, na który otrzymałem zaproszenie. Niestety z powodu innych zobowiązań nie mogłem w nim uczestniczyć. Sam również będę starał się pielęgnować kontakty nawiązane we Włoszech. Jednym z przykładów jest zaproszenie wspomnianego wcześniej duetu saksofonisty i akordeonisty na koncerty w Polsce pod koniec sierpnia.

Pięknym przykładem tego, jak mogą rozwijać się relacje nawiązane podczas Erasmus+, jest również mój kontakt z Adele Pirozzolo. Adele zgodziła się udostępnić mi swoje prace naukowe do publikacji na portalu, a podczas mojego pobytu miałem również ogromną przyjemność spotkać się z nią we Włoszech, ponieważ mieszka całkiem niedaleko Trydentu.

Spotkanie z Adele Pirozzolo w Bassano del Grappa

Rady dla wyjeżdżających na Erasmusa do Włoch 

Jeśli macie taką możliwość, jedźcie samochodem. W moim przypadku ta jedna decyzja miała ogromny wpływ na jakość całego pobytu. Dzięki samochodowi mogłem zobaczyć znacznie więcej miejsc i korzystać z możliwości, które bez własnego transportu byłyby dużo trudniej dostępne. Dużym plusem był również sam bagaż – nie musiałem zastanawiać się nad limitem kilogramów, wielkością walizki czy ilością przewożonych rzeczy.

Doceniłem to jeszcze bardziej, kiedy w trakcie pobytu dwukrotnie przyleciałem do Polski samolotem. Podróż z mojego mieszkania w Trydencie do Polski była wtedy znacznie bardziej uciążliwa. Sam Trydent nie ma szczególnie wygodnych i szybkich połączeń z lotniskami, dlatego do czasu samego lotu trzeba doliczyć jeszcze dojazd na lotnisko i wszystkie związane z nim przesiadki. W moim przypadku samochód dawał więc nie tylko większą swobodę na miejscu, ale również znacznie większą niezależność.

Drugą kwestią jest mieszkanie. Ja sugerowałbym szukanie go przez agencję. Przy kilkumiesięcznym pobycie miejsce, w którym będziemy mieszkać, ma ogromne znaczenie, dlatego warto zadbać o tę sprawę odpowiednio wcześniej i potraktować ją jako jeden z najważniejszych elementów przygotowania do wyjazdu.

Na miejscu bardzo przydatne są również aplikacje ułatwiające codzienne funkcjonowanie, szczególnie poruszanie się komunikacją publiczną. W Trydencie korzystałem m.in. z OpenMove. Warto jeszcze przed wyjazdem sprawdzić, jakie aplikacje funkcjonują w danym regionie i zainstalować je od razu po przyjeździe. Z czasem takie rzeczy stają się zupełnie naturalne, ale szczególnie podczas pierwszych dni mogą bardzo ułatwić odnalezienie się w nowym miejscu.

Trzeba też dobrze przygotować się finansowo. Północne Włochy są drogie i w moim przypadku samo stypendium Erasmus+ nie wystarczało na pokrycie wszystkich kosztów pobytu. Dlatego nie zakładałbym, że otrzymywane środki pozwolą bez problemu sfinansować mieszkanie, jedzenie, transport i pozostałe wydatki przez kilka miesięcy. Przed wyjazdem warto mieć własne oszczędności i pewien zapas finansowy, który pozwoli nie tylko spokojnie funkcjonować, ale również korzystać z możliwości, jakie daje pobyt za granicą.

Trydent i okolice – co warto zobaczyć? 

W samym Trydencie zdecydowanie warto zobaczyć przede wszystkim Piazza Duomo z katedrą św. Wigiliusza – Duomo di Trento. Historia świątyni sięga średniowiecza, a jej obecny kształt zaczął powstawać w 1212 roku w stylu romańsko-lombardzkim. Charakterystycznym elementem katedry jest XIII-wieczna rozeta nazywana Kołem Fortuny. Świątynia odegrała również ważną rolę podczas Soboru Trydenckiego – to właśnie w jej wnętrzu odbywały się uroczyste sesje, a w kaplicy Krucyfiksu ogłaszano dekrety soboru.

Duomo di Trento (fot. cattedralesanvigilio.it)

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie również miejscowość Riva del Garda – przede wszystkim ze względu na góry otaczające jezioro, które momentami naprawdę zapierają dech w piersiach. Warto też wykorzystać pobyt w Trydencie na wyjścia w góry. Ja szczególnie dobrze wspominam Monte Calisio oraz Cima Marzola.

Ciekawym miejscem jest również Orrido di Ponte Alto, położone zaledwie kilka kilometrów od centrum Trydentu. To głęboki, wąski wąwóz wyrzeźbiony przez potok Fersina, w którym znajdują się dwie ponad 40-metrowe kaskady powstałe przy historycznych zaporach. Wąwóz zwiedza się z przewodnikiem, poruszając się po kładkach i schodach, a jednym z najciekawszych punktów trasy jest balkon znajdujący się za kurtyną spadającej wody.

Orrido di Ponte Alto (fot. ecoargentario.it)

Nie wszystko zrobiło jednak na mnie równie dobre wrażenie. Trochę rozczarowały mnie muzea, w tym również zamek Buonconsiglio. Na tle przyrody, gór i miejsc, które mogłem zobaczyć w okolicy, to właśnie one wzbudziły we mnie najmniej entuzjazmu.


Źródła:

https://erasmus-plus.ec.europa.eu/pl/about-erasmus

https://www.cultura.trentino.it/Luoghi/Tutti-i-luoghi-della-cultura/Conservatorio-e-scuole-musicali/Conservatorio-di-musica-F.-A.-Bonporti

https://www.visittrentino.info/en/guide/nature/waterfalls/orrido-di-ponte-alto_md_4998406

https://www.visittrentino.info/pl/przewodnik/bazylika-katedralna-w-trento_md_2588


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *